Autor: Krzysztof Ruchniewicz

  • Malownicze ruiny…

    Malownicze ruiny…

    Podczas ostatniego pobytu w Königswinter odwiedziłem malownicze ruiny kościoła klasztornego Heisterbach. Po raz pierwszy byłem tam dwa lata temu z prof. Przemysławem Wiszewskim i studentami historii z Wrocławia.

    Tym razem zwiedziłem większą część terenu klasztornego znajdującego się w sąsiedztwie ruiny. Obszar ten, po likwidacji opactwa cystersów na początku XIX wieku, zamieniono na park krajobrazowy w stylu angielskim. Zachował się cmentarz, mauzoleum hrabiego zur Lippe-Biesterfeld oraz droga krzyżowa.

    Pogoda była jesienna, a słońce skryło się za chmurami. Malowniczość miejsca podkreślały wzgórza, las i stawy.

    Po I wojnie światowej na terenie poklasztornym osiedliły się siostry celitki, które od lat 70. XX wieku prowadzą dom opieki społecznej. Pieczę nad ruiną dawnego opactwa sprawuje Stiftung Abtei Heisterbach.

  • Dzień Wszystkich Świętych

    Dzień Wszystkich Świętych

    Już nieraz zachęcałem do zwiedzenia starego cmentarza w Bystrzycy Kłodzkiej. To miejsce szczególne dla lokalnej historii. Spoczywają na nim osoby zasłużone dla rozwoju miasta, jego życia duchowego, kultury i gospodarki przed 1939 r.

    Choć do naszych czasów przetrwało w stanie nienaruszonym niewiele pomników, to jednak jest to miejsce szczególne, jedna z nielicznych dolnośląskich nekropolii, której nie zlikwidowano w okresie PRL Kamienne pomniki sąsiadują z drewnianymi krzyżami.

    Dzisiaj cmentarz odwiedzali liczniej niż zwykle mieszkańcy miasta. Wokół krzyża w centralnej alei paliły się znicze. Z drzew i krzewów opadły kolorowe liście, tworząc jesienny całun na mogiłach. Panowała atmosfera przemijania, zadumy, jednak promienie słońca, przebijające się przez chmury, dodawały jej nadziei. Non omnis moriar… Nasza pamięć jest bardzo ważna.

  • Wystawa w Haus Schlesien

    Wystawa w Haus Schlesien

    Dotąd nie udało mi się obejrzeć tej wystawy. W Polsce znów dyskusja o Ziemiach Zachodnich i Północnych, przez niektórych w ferworze debaty nazywanych po staremu odzyskanymi. Skąd to zainteresowanie? Może powodem jest to, że nadal – przynajmniej część z nas – nie zaakceptowała tego, co wydarzyło się przed 80 laty.

    To nie jest tylko kwestia zakończenia II wojny światowej, zmiany granic i masowych przemieszczeń ludności. Co ciąży, jak się wydaje, to symboliczne zapanowanie nad przestrzenią, od razu to powiedzmy, obcą przestrzenią, którą w krótkim czasie należało przejąć i oswoić. Po dekadach okazało się, że także, choć częściowo, zaakceptować. Ta symboliczna akceptacja dla „innego”, „obcego”, jest, jak się wydaje nadal wyzwaniem, przynajmniej dla niektórych nieprzejednanych (w niegdysiejszej debacie niemieckiej mówiono o „wiecznie wczorajszych”/Ewiggestrigen…).

    Własną drogą poszli autorzy projektu fotograficzno-tekstowego, krakowscy fotografowie Agata Pankiewicz i Marcin Przybyłko. Przed kilku laty zrealizowali przedsięwzięcie pt. „Nieswojość”. Wykonali wiele zdjęć, wędrując po Dolnym Śląsku. Do napisania esejów zaprosili wybitnych twórców, pisarzy, eseistów, kulturoznawców. Powstał komentarz słowno-obrazowy do rzeczywistości zastanej, ale i „twórczo” przerobionej przez nowych przybyszy. Stare na zmianę przenika się z nowym. Nowe nie jest w stanie wyprzeć starego. Dolny Śląsk ze swoją powojenną historią nie daje łatwych odpowiedzi, zmusza do stałego wysiłku, szukania na nowo odpowiedzi.

    W końcu mogłem zobaczyć wyniki projektu obojga fotografów. W ostatnią niedzielę Haus Schlesien w Königswinter odbył się jej wernisaż. Do zdjęć obu fotografów Haus Schlesien dodał witryny z albumami Niemców, którzy od lat 50. XX wieku przyjeżdzali do „małej ojczyzny” i konfrontowali jej obraz ze swymi wspomnieniami. Powstał podwójny kontrast: wybór fotografów, dzieła fotografów i zdjęcia przyjezdnych.

    A może to nie kontrast czy konflikt jest tutaj właściwym słowem-kluczem, a raczej dialog między nimi. W każdym ze zdjęć czy to polskich autorów, czy niemieckich pojawia się zainteresowanie przeszłością, ale i chęć udokumentowania chwili, która za moment może przeminąć, zatrzymanie w kadrze przejściowego wrażenia.

    Z ciekawością zapoznałem się ze zdjęciami, z uwagą przyglądałem się również osobom obecnym na wernisażu. Być może ktoś będzie przejeżdżać obok, może też zwróci uwagę na pięknie wydany tom ze zdjęciami i tekstami do projektu „Nieswojość”, który w 2019 roku wydało wrocławskie wydawnictwo Warstwy. Dolny Śląsk ucieka od prostych wyjaśnień, dyskutowanie o nim jest bardziej złożone niż wydaje się to z perspektywy centrum. Wystawa i publikacja dają sporo materiału do inspirujących przemyśleń.

  • Symboliczne odwołania

    Symboliczne odwołania

    Stacja kolejowa, transport złożony z wagonów towarowych, często pojawiają się we wspomnieniach osób poddanych różnym formom przymusowych czy wymuszonych migracji. Jednych przywożono, innych wywożono. „Ludzie na torach”, nowe nomadyczne plemiona Europy lat 40. XX w. Konieczność opuszczenia stron rodzinnych, domów, grobów, sąsiadów… Czasem nadzieja, częściej niepewność lub strach.

    Dla wielu tragedia, z którą nie mogli się uporać przez wiele lat. Ale też początek nowego życia, szansa na spokojniejszą, bezpieczniejsza egzystencję po latach wojny. Miejsko-Gminny Ośrodek w Jelczu-Laskowicach zrealizował ciekawy projekt, którego kulisami stała się miejscowa stacja kolejowa.

    Przed budynkiem dworca umieszczono wielkoformatową tablicę z mapą obecnej gminy, na której naniesiono informacje o pochodzeniu mieszkańców poszczególnych miejscowości, przede wszystkim z ziem wschodnich Rzeczpospolitej. Przesiedlono ich bezpośrednio po wojnie i w następnych latach. Na tablicy umieszczono – poza mapą – kolaż zdjęć, które pozwalają lepiej wyobrazić sobie ludzkie dramaty. Tablicy towarzyszy pięknie wydany tomik wspomnień.

    „Już niedługo nie będzie komu opowiadać – mówią bohaterowie „Kresowych opowieści”, trafnie zauważyła autorka wstępu do wydawnictwa, Dorota Miś-Hanys, dyrektor Miejsko-Gminnego Centrum Kultury. I dodała „Mają na myśli siebie i sobie podobnych. Tych, którzy przeżyli wojnę, ludobójstwo, przesiedlenie. Strach o życie swoje i najbliższych, głód na przednówku, utratę domu, podróż w nieznane”.

    Zachęcam do sięgnięcia po publikację i odwiedzenie stacji w Jelczu-Laskowicach. To przykład losów setek tysięcy Polaków, którym po II wojnie światowej przyszło szukać nowego domu na tzw. Ziemiach Odzyskanych, jak i żywy dowód pamięci współczesnych o korzeniach dzisiejszej społeczności gminy.

    Monika Gałuszka-Sucharska, Kresowe opowieści, Jelcz-Laskowice: Miejsko-Gminny Ośrodek w Jelczu-Laskowicach, 2025

  • Krzyżowa jesienią

    Krzyżowa jesienią

    Przed rozpoczęciem kolejnego dnia konferencji zrobiłem krótki spacer po Krzyżowej, odwiedzając znane miejsca. Najpierw pałac, potem Domu na Wzgórzu, wreszcie mała stacja kolejowa. Na dłużej zatrzymałem się na dawnym cmentarzu, gdzie spoczywają członkowie rodziny von Moltke i mieszkańcy wsi. Spacer skończyłem na wystawie plenerowej.

    Po powodzi nie ma już śladu, zrewitalizowano nawet ekologiczny warzywnik. Dom na Wzgórzu przeszedł remont, teraz jest wyposażany. Ma się tam znaleźć nowa ekspozycja. Cmentarz, położony na wzniesieniu za wsią, już przybrał jesienne barwy. Krzyżowa nasycona jest śladami historii.

    Przy pomniku poległych w Wielkiej Wojnie przydałaby się tablica informacyjna. Hasła umieszczone na ścianie forum na terenie stałej wystawy plenerowej nie straciły nic na aktualności.

    Niestety, pogoda dzisiaj nie dopisała. Przez grube zasłony deszczowych chmur słońce nie zdołało się przebić. Na szczęście nie padało. Resztę dnia wypełniły ciekawe konferencyjne wystąpienia i żywe dyskusje. Nowe pomyły, odnowione i nawiązane kontakty. Kolejny bardzo udany pobyt w tym ważnym miejscu.

  • Stary cmentarz w Bystrzycy Kłodzkiej

    Stary cmentarz w Bystrzycy Kłodzkiej

    Często odwiedzam stary cmentarz w Bystrzycy Kłodzkiej. Jest on częścią historii miasta. Mimo powtarzanych w PRL akcji równania z ziemią niemieckich nekropolii, ta przetrwała. Zachowało się na niej sporo nagrobków, w tym znaczących postaci w dziejach Bystrzycy przed 1945 r.

    Prawie 20 lat temu cmentarz uporządkowano, zrobiono lapidarium. Jest otoczony podstawową opieką, ale przydałaby się znów chociaż częściowa rewaloryzacja. Niepokoją też uszkodzenia niektórych nagrobków. Czy to upływ czasu, czy ręka chuligana?

    Jesienna aura kieruje już myśli ku zaduszkom…

  • Stary/nowy plecak

    Stary/nowy plecak

    Przed kilku laty kupiłem plecak na aparaty Peck Design (Everyday Backpack 20l). Był to efekt długich poszukiwań. Chciałem czegoś praktycznego (dużo przegródek!), odpornego na pogodę, starannie wykonanego i… nie przypominającego standardowego plecaka fotografa. Znalazłem w końcu kilka ciekawych ofert, a na ostateczną decyzję wpłynęło zapewnienie producenta, że wybrany plecak posiada bezterminową gwarancję.

    Cóż, pomyślałem, rzecz tak solidna nie bywa reklamowana zbyt często, więc to chyba obietnica niezbyt kosztowna dla wytwórcy. A jednak, intensywne używanie przez kilka lat okazało się wyzwaniem dla plecaka. Pierwsza wymiana nastąpiła z powodu defektu stelaża. Natomiast druga defektu zamka od częstego używania. Pamiętając o „wiecznej gwarancji”, złożyłem kolejną reklamację. Ciekaw byłem, czy nadal obowiązuje. Dzisiaj otrzymałem nowy plecak (drugą, ulepszoną jego wersję, bo projektanci nie próżnowali).

    Podobnie jak poprzednio, reklamację przyjęto od razu. Warto podkreślić profesjonalną obsługę ze strony polskiego dystrybutora marki. Moje zgłoszenie potraktowano poważnie, szybko załatwiano. Nowy plecak otrzymałem w ciągu dwóch-trzech dni. Podstawą reklamacji był paragon ze sklepu, który potwierdzał zakup produktu w Polsce.

    Kolejne plecaki są coraz lepsze, choć punkt startu już był więcej niż zadowalający. Może właśnie na tym polega polityka wytwórcy dotycząca gwarancji? Chcąc stworzyć optymalny plecak, testuje jego kolejne wersje, zbierając uwagi użytkowników, wyciągając wnioski z pewnych niedomagań, które ujawniają się podczas intensywnego użytkowania produktu.

    Wkrótce przeniosę wszystkie rzeczy wyjęte z poprzedniego plecaka. Ciekaw jestem, jak będzie się sprawdzać kolejna odsłona tego modelu. Już widzę kilka nowych rozwiązań, które podnoszą wygodę korzystania i atrakcyjność wizualną.

    Do postu dołączam kilka zdjęć, które zrobiłem niedawno w Jelczu-Laskowicach. Byłem ciekaw naszego parku po rewitalizacji. Naprawdę wypiękniał. Wybieram się jeszcze na wieczorny spacer przy świetle latarni.

  • Der Zauber der Gartenzwerge…

    Der Zauber der Gartenzwerge…

    Ein originaler Zwerg „made in Germany” ist der Traum vieler Gärtner, sofern sie den Spott über Gartenkitsch ignorieren können.

    In einem Land, in dem aus Autoreifen Blumenbeete in Form von Schwänen hergestellt werden, sind wir jedoch wohl toleranter. Seriöse Kenner des Themas träumen davon, einmal in die kleine Stadt Gräfenroda in Thüringen zu kommen. Sie ist eine echte Zwergenhochburg (wir erklären dies denen, die polnische Produktionsstätten für Gipsfälschungen dafür halten).

    Um diese kleine Stadt zu erreichen, muss man von den Hauptverkehrsstraßen abbiegen. Hier werden seit über 150 Jahren verschiedene Gartendekorationen aus Ton hergestellt, darunter die berühmtesten – Zwerge mit roten Mützen, die bei verschiedenen Aktivitäten dargestellt werden.

    Diese Figuren haben eine beachtliche historische Entwicklung hinter sich, die auch von der großen Politik beeinflusst wurde. Generell lässt sich sagen, dass nicht nur verschiedene Verfechter der Gartengestaltung ein Problem mit den Zwergen hatten, sondern auch diktatorische Regime (das Dritte Reich und die DDR). Mit ihrem kleinen, stämmigen Körper, ihren grauen Bärten und ihren kegelförmigen Mützen passten sie irgendwie nicht in die Vision eines neuen, stolzen Menschen, am besten in Uniform oder Arbeiterkleidung, mit einem Gewehr oder einem Traktorlenkrad in der Hand… Außerdem hatten sie verdächtig fröhliche Gesichter und lösten – völlig außerhalb der staatlichen Kontrolle – Freude bei ihren Besitzern aus.

    Die Zwergenbranche (oder vielleicht eher die Zwergenindustrie) in Gräfenroda litt nicht so sehr unter dem Wandel der Gartentrends, sondern vielmehr unter den Wirtschaftskrisen, die sie seit der Zeit der DDR plagten (natürlich wurde die Produktion verstaatlicht).

    Die Versuche einer Wiederbelebung nach 1990 schlugen fehl. Sicherlich spielte auch die Dumpingkonkurrenz der entfernten Verwandten aus Gips hier eine Rolle. In Gräfenroda gibt es nur noch einen Handwerksbetrieb, der Zwerge und andere Gartendekorationen (Tiere, Pilze usw.) herstellt. Dafür ist es kein gewöhnlicher Betrieb.

    Es handelt sich um die Firma der Familie Griebel, die seit über 150 Jahren Zwerge herstellt und in die ganze Welt verschickt. Die Geschichte des Betriebs, seiner Gründer und ihrer Produkte kann man in einem kleinen Museum kennenlernen. Dort werden der Produktionszyklus, die Entwicklung der Designs und die ältesten erhaltenen Exemplare der Figuren gezeigt. Man kann auch die Werkstatt besichtigen, in der sie geformt und fertiggestellt werden, und den Ofen sehen, in dem sie gebrannt werden. In der Werkstatt gibt es auch eine Zwergenklinik, in der fehlende Gliedmaßen angeklebt und die Bemalung erneuert wird. Dort wartet der wohl älteste erhaltene Zwerg, der in den 80er Jahren des 19. Jahrhunderts entstanden ist, auf seine Restaurierung. Er ist der wahre König dieses Völkchens.

    Ich hatte das Vergnügen, aus nächster Nähe zu beobachten, wie aus einer Tonfigur ein lebhafter Zwerg – ein Jäger – wird. Das ist eine anspruchsvolle Handwerksarbeit, die Genauigkeit und Talent erfordert.

    Ich habe eine kleine Fotoreportage gemacht, um die verschiedenen Produktionsstufen näher zu bringen und auf die Werkzeuge, Muster und Aufbewahrungsmethoden aufmerksam zu machen. Natürlich gibt es in der Werkstatt einen Laden, in dem man Zwerge in allen Varianten kaufen kann (auch in der Serie „nur für Erwachsene”:).

    Man kann auch den Online-Shop nutzen. Die Preisspanne ist ebenso wie die Größe der Figuren beeindruckend – von einigen Euro bis zu etwa zweitausend Euro, von wenigen Zentimetern bis zu fast einem Meter. Man hat die Qual der Wahl, aber ein rotes Mützchen ist Pflicht.

    Fotoreportage: Gartenzwerge

  • Krasnali czar…

    Krasnali czar…

    Oryginalny krasnal made in Germany to marzenie niejednego ogrodnika, o ile tylko ma odwagę zignorować kpiny z ogrodowego kiczu.

    W kraju, gdzie z opony samochodowej robi się kwietniki w formie łabędzia, jesteśmy jednak chyba bardziej tolerancyjni. Poważni znawcy tematu marzą, by znaleźć się w niewielkiej miejscowości w środkowych Niemczech, w Gräfenrodzie w Turyngii. To prawdziwy krasnalski matecznik (wyjaśnijmy to tym, którzy za takowy mają polskie ośrodki produkcji gipsowych podróbek).

    By dotrzeć do tego niewielkiego miasteczka, trzeba zjechać z głównych autostrad. To tu, od ponad 150 lat produkowane są z gliny różne ozdoby ogrodowe na czele z najsłynniejszymi – krasnalami w czerwonych czapeczkach, przedstawianymi przy różnych zajęciach.

    Figury te mają za sobą wcale pokaźny rozwój historyczny, na który wpływała również wielka polityka. Można generalnie stwierdzić, że nie tylko różni arbitrzy ogrodowej elegancji mieli z problem z krasnalami, ale i reżymy dyktatorskie (III Rzesza oraz NRD). Jakoś ze swym małym i krępym ciałem, siwymi brodami i stożkowatymi czapeczkami nie pasowały do wizji nowego, dumnego człowieka, najlepiej w mundurze lub robotniczym drelichu, dzierżącego karabin lub kierownicę traktora… W dodatku miały podejrzanie radosne miny i wywoływały – całkowicie poza państwowym nadzorem – radość u swych posiadaczy.

    Przemysł krasnalski (a może krasnoludzki) w Gräfenrodzie boleśnie odczuł także nie tyle zmianę ogrodowych mód, co kryzysy gospodarcze, trapiące go od czasu NRD (oczywiście, produkcję upaństwowiono).

    Próby odrodzenia po 1990 r. nie powiodły się. Zapewne dumpingowa konkurencja dalekich kuzynów z gipsu też nie była tu bez znaczenia. W Gräfenrodzie istnieje już tylko jeden zakład rzemieślniczy tworzący krasnale i inne ozdoby ogrodowe (zwierzęta, grzyby itp.). Za to nie byle jaki.

    To firma rodziny Griebel, która od ponad 150 lat produkuje krasnale i wysyła je na cały świat. Historię zakładu, jego twórców i ich wyrobów, można poznać w niewielkim muzeum. Pokazany jest tam cykl produkcyjny, ewolucja wzorów, zachowane najstarsze egzemplarze figurek. Można też zwiedzić warsztat, gdzie są one odlewane i wykańczane oraz zobaczyć piec, w którym się je wypala. W warsztacie działa też klinika dla krasnali, przykleja się tam brakujące kończyny, odnawia malunek. Na renowację czeka tam chyba najstarszy zachowany krasnal, który powstał w latach 80. XIX wieku. To prawdziwy król tego ludu.

    Miałem przyjemność obserwować z bliska, jak gliniana figurka staje się dziarskim krasnalem – myśliwym. To poważna rzemieślnicza praca, wymagająca dokładności i talentu.

    Zrobiłem mały fotoreportaż, by przybliżyć różne etapy produkcji, zwrócić uwagę na narzędzia, wzory i sposoby przechowywania. Oczywiście, w zakładzie jest sklep, gdzie można kupić krasnala w dowolnej odmianie (również w serii „tylko dla dorosłych:).
    Można też skorzystać ze sklepu internetowego. Rozpiętość cen, podobnie jak wielkość figur, może zrobić wrażenie – od kilku do około dwóch tysięcy euro, od kilku centymetrów do prawie metra.

    Do wyboru, do koloru, ale obowiązkowo z czerwoną czapeczką.

    Link: fotoreportaż fotograficzny.

  • Krótki wypad. Menaggio – Varenna

    Krótki wypad. Menaggio – Varenna

    W tym roku urlop mieliśmy bardzo intensywny. Spotkaliśmy się z przyjaciółmi, odwiedziliśmy wiele miejsc znanych i nieznanych. To były miłe spotkania i rozmowy do późnych godzin nocnych przy dobrym winie i grappie. Nad jeziorem Como nie tylko ulubione Menaggio, ale i Varenna są naszymi stałymi punktami w wakacyjnym programie.

    W Varennie wspięliśmy się na górę zamkową (Castello di Vezio), zwiedziliśmy również po raz kolejny ogród Villi Monastero. Byliśmy świadkami długiej kolejki do … zrobienia zdjęcia w szczególnym punkcie… (chyba takie zalecenie można było znaleźć w przewodniku lub na blogu jakiegoś podróżniczego influencera…).

    Nie zabrakło również okazji do spaceru gajami oliwnymi. A w miasteczku u pewnej sympatycznej sprzedawczyni kupiliśmy kawałek przepysznej pizzy i miejscowe piwo.

    Kontynuuję prezentację zdjęć zrobionych analogowo. Użyłem film IlfordaHP4 i dwóch aparatów, Leica M6 i MP z obiektywami stałoogniskowymi 28mm i 35mm. Na każdy z nich miałem założony żółty filtr.