Fotografowanie architektury nie jest łatwe. Powstały na ten temat tomy poradników. Ważne jest światło, obiekt i jego otoczenie, dobór obiektywu. W postprodukcji można dokonać koniecznej korekty krzywych linii. Jednak chyba największym wyzwaniem jest oddanie za pomocą bryły ducha, tchnięcie do nieraz surowych budynków nieco życia, znalezienie klucza do ich interpretacji. We Wrocławiu w ostatnich latach powstało dużo nowych rozwiązań architektonicznych. Jednym z nich bez wątpienia jest budynek Biblioteki Uniwersyteckiej. Mimo ponawianych prób, nie udało mi się go rozgryźć, wejście do środka z aparatem w ręku okazało się niemożliwe. Pozostały ujęcia z zewnątrz, a atmosferę moich odczuć oddałem oczywiście w klasycznej czerni i bieli.

Tym razem do zrobienia zdjęć wybrałem obiektyw 35 mm. Nie jest to typowe narzędzie do fotografowania architektury. Uznałem jednak, że z jego pomocą nie będę miał zbyt dużo zniekształceń. Chciałem skoncentrować się na bryle i ukazaniu relacji między nią a przechodzącymi obok ludźmi. Po raz pierwszy spojrzałem na budynek Biblioteki Uniwersyteckiej pod kątem zrobienia zdjęć. Nad miastem wisiały czarne chmury, ale nie padało. Pierwsze zdjęcia wyszły całkiem nieźle. Szukałem kontrastów. Były to nowy-stary, kamień-drzewo, mały-duży itd. By dodatkowo podkreślić nowoczesność rozwiązań, chciałem zrobić kilka zdjęć we wnętrzu budynku.

W tym miejscu pozwolę sobie na małą anegdotę. Na wiosnę tego roku byłem na jednej z konferencji w Wiedniu. Postanowiłem zwiedzić słynną Prunksaal w Austriackiej Bibliotece Narodowej. Dostanie się do budynku nie stanowiło problemu, podobnie do wspomnianej sali (należy jedynie wykupić bilet). Można było w niej robić zdjęcia w dowolnych ujęciach. Nikt nie patrzył podejrzliwie, a wizyta w bibliotece była wielką ucztą dla ducha i oczu.

 

Jakież było moje zdziwienie, gdy po wejściu do nowego gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej zostałem natychmiast zatrzymany przez dwoje strażników (nie chcieli podać swoich numerów identyfikacyjnych, dobrze że przynajmniej nie byli zamaskowani!). Nic nie dało moje tłumaczenie, że jestem pracownikiem uczelni i chcę tylko zrobić zdjęcie holu i pierwszego piętra. W końcu poprosiłem o regulamin. Do rozmowy włączył się pracownik biblioteki, który zażądał ode mnie okazania karty bibliotecznej lub jej wykupienia. Strażnicy nie mogli znaleźć regulaminu, jeden z nich wskazał mi tylko kartkę papieru z punktem, który nie przekonał mnie. Była tam mowa o konieczności wylegitymowania się, jeśli się chciało korzystać ze zbiorów specjalnych. Ja nie chciałem, więc nie było o czym toczyć dyskusji. Biblioteka nie jest wszak do fotografowania.

Z rozrzewnieniem wspominam starą siedzibę biblioteki, gdzie można było wchodzić i wychodzić, nie będąc kontrolowanym przez nikogo. Przez okna na klatce schodowej widać było piętrowe metalowe regały pełne książek. Sprawa identyfikacji pojawiała się dopiero przy kontuarze dyżurującego w czytelni bibliotekarza. Obecnie biblioteka zamiast być miejscem przyjaznym dla czytelników (praktykujących, ale i tych tylko potencjalnych…), stała się prawdziwą betonowo-szklaną twierdzą. W dodatku pustawą. Czy naprawdę konieczne jest odsyłanie z kwitkiem osób, które chcą wejść tylko na chwilę, by podziwiać jedną z największych inwestycji naszej uczelni? Nie robi to nam dobrej reklamy. Ktoś powie, że względy bezpieczeństwa stoją na pierwszym miejscu. Ale czy rzeczywiście wpuszczenie kogoś na kilka minut do holu stanowi tak ogromne zagrożenie dla cennych zbiorów, przechowywanych w odległych magazynach? Poza tym jeden ze strażników może iść krok w krok za delikwentem, jeśli regulamin tego wymaga. Ale może takich spacerków nie ma w wykazie swoich obowiązków?