Miejsce mojego obecnego pobytu stało się wdzięcznym tematem różnych fotograficznych wprawek. Testuję obiektywy i kamery. Do zamieszczonych zdjęć użyłem trzech obiektywów stałoogniskowych: 28, 35 oraz 50 mm. Pochodzą z różnych okresów — od lat 50. po 90. XX wieku. Zdjęcia robiłem aparatami Leica M3, M4 i MP. Od dłuższego czasu używam profesjonalnego czeskiego filmu Fomapan 200. Jestem z niego zadowolony, choć okres testów powoli dobiega końca i chciałbym teraz ponownie sięgnąć po Ilforda.
Filmy wywołałem samodzielnie, a następnie zeskanowałem aparatem fotograficznym. Ten sposób przekonuje mnie bardziej niż skanowanie przy użyciu tradycyjnego skanera. Jestem zadowolony z jakości — nie mam problemów z paproszkami, a sam proces skanowania znacznie się skrócił.
Do motywu zamku, kaplicy i najbliższej okolicy z pewnością będę jeszcze wracał. Czekam na kolejną dobrą pogodę, a przede wszystkim na piękne światło.
Na koniec jeszcze drobna uwaga techniczna: wykorzystałem tradycyjne filtry żółty i pomarańczowy.
Ruiny zamku i kaplicy św. Sylwestra w Bochum z pewnością pojawią się tu jeszcze nie raz. Szerzej o tym miejscu napisałem na innym blogu. Zdjęcia zrobiłem wczoraj, korzystając z pięknej pogody – najbardziej urzekła mnie gra cieni. Efekt poniżej.
Świadomie zabrałem obiektyw 24 mm, by poćwiczyć używanie. To nie jest łatwe narzędzie — trzeba być uważnym, żeby linie się nie rozjechały…
Wczoraj miałem szczególną okazję. Byłem w Villi Hügel w Essen, przez dziesięciolecia siedzibie wielkich niemieckich przemysłowców — rodziny Kruppów. Sama budowla robi ogromne wrażenie: masywna bryła, a jednocześnie otoczona przepięknie utrzymanym parkiem o powierzchni około 50 hektarów.
Pogoda dopisała, mogłem więc zrobić zdjęcia czarno-białe.
Dzisiaj kilka zdań o skanowaniu. Zmieniłem obiektyw. Zrezygnowałem z Leiki i sięgnąłem po Canona (macro — ostatni z tego systemu, jaki jeszcze posiadam). Zmiana okazała się strzałem w dziesiątkę. Do skanowania użyłem body z autofokusem. Poprawiło to znacząco jakość skanów / zdjęć.
Skanowanie w praktyce — Capture One
Korzystam z oprogramowania Capture One. Ostatnia duża aktualizacja przyniosła możliwość skanowania zdjęć analogowych oraz przezroczy. Pracuję w dwóch modułach: pierwszy służy do podglądu i skanowania, drugi do edycji. Funkcje są intuicyjne i nie wymagają dodatkowych wyjaśnień.
W przeszłości korzystałem z dodatkowego oprogramowania działającego w Adobe Lightroom, aby zamieniać negatywy na pozytywy. Teraz nie ma już takiej potrzeby — wszystko można zrobić bezpośrednio w Capture One.
Efekt końcowy — poranek w parku
Efekty można zobaczyć poniżej. Zdjęcia zrobiłem w czwartek rano w parku w Jelczu-Laskowicach. Słońce było już nisko nad horyzontem, miejscami zalegała mgła.
Użyłem obiektywu 28 mm oraz filmu czarno-białego (Fomapan 200 Creative). Film wywołałem wczoraj (Ultrafin T-Plus), a dzisiaj zeskanowałem. Edycję ograniczyłem do niezbędnego minimum.
Od kilku tygodni fotografuję naprzemiennie – raz aparatami cyfrowymi, raz analogowymi. Te drugie nadal są dla mnie wyzwaniem. Postanowiłem bowiem przejść przez cały proces samodzielnie: od nawinięcia filmu do kasetki, przez wywołanie, aż po skanowanie.
Nawijarka i pierwsze problemy
Zacząłem od przygotowania materiałów. Nawinąłem filmy ze szpuli 30-metrowej do kasetek – mam zarówno współczesne plastikowe, jak i starsze metalowe. Szybko okazało się, że moja nawijarka nie współpracuje z tymi drugimi. Prawdopodobnie będę musiał poszukać nawijarki firmy Watson.
Nad Odrą z filmem
Z przygotowanymi filmami wybrałem się na spacer nad Odrę. Pogoda była sprzyjająca – miękkie światło, spokojna przestrzeń. Fotografia analogowa wymusza uważność: nie ma miejsca na serię przypadkowych ujęć, każde zdjęcie jest decyzją, podjętą po zastanowieniu.
Skaner do lamusa?
Po wywołaniu filmów pojawiło się kolejne pytanie: jak je zeskanować? Dotychczasowe efekty pracy mojego skanera nie były satysfakcjonujące – szczególnie pod względem ostrości i detalu. Zainteresował mnie system VALOI 360 fińskiej firmy Valoi.
Zamiast klasycznego skanera system wykorzystuje aparat cyfrowy z obiektywem makro oraz przystawkę do prowadzenia filmu. System jest modułowy, obsługuje formaty aż do 120/220 i można go rozbudowywać o kolejne elementy.
Leica contra Leica
Do dyspozycji miałem dwa obiektywy – 60 mm i 100 mm, oba z systemu Leica R, podłączone przez przejściówkę do aparatu Leica M240. Efekty były obiecujące: lepsza kontrola nad obrazem i wyraźniejszy detal niż przy wcześniejszym skanowaniu. W najbliższych tygodniach planuję porównać rezultaty bardziej systematycznie.
Kurz i cierpliwość
Praca z negatywami zawsze wiąże się z problemem kurzu – okazało się jednak, że przy odrobinie ostrożności można go w dużym stopniu uniknąć, a jeśli się pojawi, wystarczy użyć gruszki fotograficznej.
To chyba jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc w mieście. Park w Jelczu-Laskowicach po rewitalizacji prezentuje się godnie nawet zimą i stanowi piękne tło dla pałacu. Wczoraj panowała tam kapitalna gra świateł — drzewa rzucały długie, wyraźne cienie, a jasna fasada pałacu mieniła się subtelnymi odcieniami. Zdjęcia robiłem w czerni i bieli, co pozwoliło jeszcze lepiej uchwycić nastrój tego miejsca. Uwagę przyciągają też ławki i latarnie. Solidnie wykonane, proste w formie, ale eleganckie.
Pięknieje zresztą nie tylko otoczenie pałacu. W folwarku trwają intensywne prace, kolejne budynki są właśnie remontowane. Być może wkrótce powstanie tu drugie centrum miasta — z dala od zgiełku supermarketów, jako przestrzeń spotkań i rozmów. Mam nadzieję, że pojawią się tu kawiarnie, w których będzie można napić się dobrej kawy i odpocząć.
Za rok miasto będzie obchodzić okrągłą rocznicę — 40 lat od uzyskania praw miejskich. Na tle innych dolnośląskich miast to może niewiele, ale warto tę datę zauważyć i już teraz pomyśleć o jej atrakcyjnym uczczeniu.
To jedne z ostatnich zdjęć w starym roku. Wykonałem je podczas z trudem wygospodarowanych wolnych chwil między przedświątecznymi zakupami. Po rozebraniu przed kilku laty domu towarowego przy ulicy Czystej i demontażu pomnika Fontanna Pamięci od czasu do czasu szukałem informacji o dalszych losach tej instalacji. Czytałem, że trwają poszukiwania nowej lokalizacji a pomnik z pewnością zostanie odtworzony. I tak się stało, choć kształt całości jest inny.
Dziś można go oglądać przy tej samej ulicy Czystej, ale nieco dalej, na skwerze zaprojektowanym specjalnie z myślą o tej realizacji. Nie jest to wierna rekonstrukcja pierwotnego założenia, lecz – za zgodą artysty, prof. Macieja Szańkowskiego – forma dostosowana została do nowych warunków przestrzennych. O historii i znaczeniu pomnika piszę szerzej w innym miejscu.
Zdjęcia wykonałem pod koniec dnia.
Zachęcam do odwiedzenia tego miejsca i do spopularyzowania pomnika, który pozostaje realizacją jedyną w swoim rodzaju a przecież w swoim przesłaniu tak znaczącą dla współczesnego Wrocławia.
Kilka zimowych kadrów, które zrobiłem wczoraj. Obecnie śnieg pada tak rzadko, że biały puch w styczniu jest wydarzeniem… Motywów do uchwycenia było wiele. I ta gra świateł, i wiatr unoszący śnieg. Nawet zaliczyłem jedną zaspę! Przypomniały się scenki z dzieciństwa…
Na pniu jednego z drzew przed laty ktoś białą farbą napisał słowo „aleja”, teraz niewyraźne. Drugie słowo jest nieczytelne, niemal zniknęło. Ten znak, naniesiony bezpośrednio na drzewo, stał się dla mnie punktem wyjścia do opowieści o miejscu, które istnieje już tylko szczątkowo — i o krajobrazie, w którym czegoś zabrakło, choć zapewne tego nie dostrzegamy…
Aleja
Tematem projektu jest aleja czereśniowo w pobliżu Niemczy na Dolnym Śląsku. Drzewa posadzono przed 1945 rokiem, w czasie gdy krajobraz wiejski był planowany i użytkowany z myślą o długim trwaniu. Aleje owocowe stanowiły wówczas naturalny element dróg i pól — łączyły funkcję użytkową z porządkiem przestrzeni. Dziś pozostały po nich jedynie nieliczne ślady.
Przez dekady drzewa te były wystawione na działanie wiatru, brak pielęgnacji i stopniową degradację otoczenia. Z roku na rok ubywało ich, aż w wielu miejscach przetrwały tylko pojedyncze, z reguły uszkodzone egzemplarze. Często stoją samotnie, jakby wyrwane z dawnego kontekstu, pozbawione towarzyszy, okaleczone.
Dziś takie resztki szpalerowych nasadzeń są raczej smutnym wspomnieniem niż ciekawym czy pożytecznym elementem krajobrazu. Przypominają o dawnej odpowiedzialności za przestrzeń wspólną, o projektach, których – nomen omen – owoce spożywać może następne pokolenie.
Fotografując pozostałości jednej z takich alei, próbuję przywrócić jej podmiotowość — spojrzeć na nią nie jak na ostatni relikt przeszłości, lecz jak na świadectwo pewnego sposobu myślenia o krajobrazie, który stopniowo zanika.
Sadzenie alei odbywało się na dużą skalę. Drzewa dawały cień mieszkańcom wsi, wojsku, czy podróżnym. Wyznaczały granice majątków i porządkowały przestrzeń. Nierzadko, jak w przypadku sadzenia drzew owocowych, stanowić miały źródło pożywienia. Pełniły również funkcję orientacyjną — w otwartym krajobrazie były czytelnymi znakami prowadzącymi przez przestrzeń. Ich obecność nadawała drogom rytm i sens, a krajobrazowi — trwałość.
Współczesny krajobraz Dolnego Śląska zachował jeszcze wiele ze swego uroku, mimo rozwoju przemysłowego rolnictwa i przekształceń wiejskiej zabudowy. Jednak stare aleje owocowe zniknęły z dróg i pól niemal całkowicie. Pozostały pojedyncze drzewa lub nieliczne ich grupy. Żyjące jeszcze drzewa, bardzo już stare jak na owocowe, są zwykle chore, niepielęgnowane, zepchnięte na margines przestrzeni użytkowej.
Ich zdziesiątkowana obecność wydaje się przypadkowa, choć w rzeczywistości są one reliktem dawnego porządku. Nikt już nie myśli o dosadzaniu młodych egzemplarzy, zresztą dawne odmiany przechowują jedynie arboreta takie, jak w podniemczańskich Wojsławicach.
Zmienił się nasz sposób myślenia o przestrzeni. Drogi projektuje się dziś przede wszystkim pod kątem funkcjonalności i bezpieczeństwa kierowców i pasażerów pojazdów, a drzewa bywają postrzegane jako przeszkoda czy zagrożenie, choć niebezpieczeństwo zwykle wynika z naszej zbyt szybkiej jazdy.
Zdegenerowane ostatki owocowych alei przestały być elementem infrastruktury krajobrazu, stały się problemem wymagającym „rozwiązania”, „posprzątania”. Wraz z nimi znika wiedza o ich istotnym użytkowym charakterze i znaczeniu dla lokalnych społeczności, ale także fauny – ptaków i owadów.
Pozostałe drzewa trwają więc w swoistym zawieszeniu i oczekiwaniu na kres. Ich powolny zanik dokonuje się niemal niezauważenie — bez społecznych protestów, bez decyzji, bez czyjejś odpowiedzialności. Nie wzbudzają takiego zainteresowania i chęci obrony, jak bardziej dorodne aleje złożone z dębów, lip czy klonów.
Drzewa owocowe są w porównaniu z nimi krótkowieczne, banalne przez swą użytkowość. Ale przecież ich wiosenne kwitnienie jest niezrównanie piękne. Fotograficzne zatrzymanie tych miejsc jest próbą przywrócenia im widzialności i zadania pytania o to, czy rzeczywiście muszą zniknąć bez śladu, czy nie mogłyby „odmłodnieć” przez nowe nasadzenia.
Zima
Projekt rozpocząłem zimą — świadomie i bez pośpiechu. To pora roku, która redukuje krajobraz do formy i struktury, pozbawia go kolorów, ruchu. Drzewo zostaje odsłonięte: widać jego kształt, układ gałęzi, ślady czasu (i ludzkiej przemocy) zapisane w korze. W zestawieniu z uśpioną przyrodą nagie drzewa stają się bardziej obecne, niemal natarczywie widoczne.
Zima sprzyja koncentracji obserwacji. Pustka wokół wzmacnia poczucie samotności drzew i podkreśla ich kruchość. Brak liści i koloru usuwa kontekst, który mógłby odciągać uwagę. Krajobraz jakby cichnie, a fotografia staje się zapisem tej ciszy. W takich warunkach łatwiej dostrzec to, co zazwyczaj umyka spojrzeniu.
Zdjęcia wykonałem w czerni i bieli. Ten wybór nie był wyłącznie decyzją estetyczną, lecz sposobem na podkreślenie ponadczasowości tematu. Monochromatyczny obraz pozwala skupić się na relacji światła i cienia, na fakturze i geometrii drzew. Zima stała się tu nie tylko porą roku, lecz także narzędziem opowieści.
Powrót
Do tych drzew, dzielnych ostańców, wrócę po kilku miesiącach, gdy – jak mam nadzieję – jeszcze raz w ich długim życiu zaczną kwitnąć. Ten powrót będzie próbą ponownego odczytania miejsca — sprawdzeniem, jak zmieniło się wraz z nadejściem wiosny.
Zimowa cisza ustąpi intensywności form i światła, a drzewa, dotąd nagie i surowe, pokażą swoją kruchą obfitość. Zakwitną jeszcze raz jakby na przekór naszej obojętności, czasowi, losowi, który co rusz sprowadza zagładę na kolejne z nielicznych rosnących jeszcze egzemplarzy.
Interesuje mnie konfrontacja dwóch stanów: uśpienia i rozkwitu. Chcę zobaczyć, czy kwitnienie przywróci alei dawną widzialność, czy pozwoli spojrzeć na nią nie tylko jak na relikt przeszłości, lecz jak na żywy element krajobrazu. Powrót stanie się też próbą odpowiedzi na pytanie, na ile zmiana pory roku zmienia nasze postrzeganie wartości tego miejsca.
Chcę też sprawdzić, czy powtarzanie zdjęć może stać się formą troski i czy dostrzeżona zmiana zrodzi potrzebę działania, a nie tylko nostalgicznej kontemplacji.
Cel
Celem projektu jest zwrócenie uwagi na zanikające aleje drzew owocowych — nie tylko jako zwykle nieuznawane pomniki przyrody, lecz także jako element użytkowego, racjonalnie zaplanowanego krajobrazu. Drzewa te przez dziesięciolecia dawały cień, pożywienie i porządek przestrzeni. Ich obecność była wynikiem myślenia długofalowego, dziś coraz rzadszego.
Fotografia staje się tu narzędziem uważności, a nie dokumentacji dla samej dokumentacji. Ma przywrócić widzialność temu, co tak łatwo omijamy wzrokiem, i zadać pytanie o odpowiedzialność — zarówno instytucjonalną, jak i indywidualną.
Projekt nie formułuje gotowych odpowiedzi, lecz zachęca do refleksji nad tym, czy potrafimy jeszcze dostrzec wartość w rzeczach prostych, trwałych, ale i wymagających troski.
Efektem końcowym ma być wystawa, a następnie publikacja. Ich celem nie jest zamknięcie tematu, lecz jego otwarcie — jako zaproszenia do rozmowy o ochronie krajobrazu, o praktycznym wykorzystaniu drzew owocowych i o możliwości ocalenia tego, co wciąż jeszcze można uratować.
Uwagi końcowe
Na potrzeby tego wpisu wybrałem sześć pierwszych zdjęć. To jedynie fragment większego materiału, który powstaje w ramach projektu.
Zdjęcia wykonałem zarówno cyfrowo, jak i analogowo. Pracowałem z dwiema ogniskowymi — 35 i 50 mm — korzystając z obiektywów pochodzących z różnych dekad. To świadomy wybór, który pozwala zachować ogólną spójność spojrzenia, a jednocześnie subtelnie różnicować sposób zapisu.
Ten zestaw jest pierwszym aktem projektu. Kolejne fotografie, wykonane w innych porach roku, będą jego naturalnym rozwinięciem.