Cyfra 3 staje się moją ulubioną. Wcześniej zatytułowałem pierwszą fotoksiążkę „Rzym w trzech odsłonach“. Teraz natknąłem się na trzy kominy. W ciągu trzech (sic!) dni każdego ranka przemierzałem ulice Nadodrza, ciekawej dzielnicy Wrocławia, która w ostatnich latach staje się wręcz modna. Zrobiłem sporo zdjęć. Z każdego niemal miejsca widziałem wspomniane trzy kominy. Są one częścią elektrociepłowni. Ale już niedługo, bo jeden z nich ma zostać rozebrany. Kominowa trójca (ponoć nie trująca…) zniknie z panoramy tej części miasta.

Chciałem na własne oczy przekonać się, jak zmieniła się ta część Wrocławia, dotąd odwiedzana przeze mnie tylko sporadycznie. Od kilku lat cieszy się ona coraz większym zainteresowaniem. Powstało tu wiele ciekawych inicjatyw społecznych, organizowane są cykliczne imprezy, odnowiono część kamienic.

Przed wielu laty mój kontakt z Nadorzem i okolicami był o wiele intensywniejszy. Moja babcia, a potem także rodzice i wreszcie ja z bratem mieszkaliśmy przy ul. Jedności Narodowej, do szkoły podstawowej chodziłem na ul. Roosvelta. W połowie lat 70.  nasza rodzina otrzymała upragniony przydział na mieszkanie w bloku. Porzuciliśmy chyba bez żalu – tak mi się wydaje, gdy wspominam reakcje ówczesnego ośmiolatka – mieszkanie w mocno podniszczonej kamienicy. W bloku czekały na nas tzw. wygody, luksus ciepłej wody w kranie, centralne ogrzewanie i winda. Przeprowadzka skłoniła rodzinę do pozbycia się solidnych, ale nieustawnych w nowych warunkach poniemieckich mebli. Babcia zastała je w tym mieszkaniu w 1946 r. Do Wrocławia przyjechała z trzema małymi córkami, szukając tu choć trochę lepszych warunków do życia niż w zniszczonej Warszawie. Wielki dworzec na Nadodrzu był początkiem jej wrocławskiego życia.  Właściwie całą jego resztę spędziła w jego pobliżu.

W czasie wędrówki ulicami Nadodrza te wspomnienia z dzieciństwa nagle odżyły. Wpłynęły także na wybór zdjęć (pogrupowałem je, by być konsekwentny, w trzech częściach). Wiele budynków z „moich” czasów już nie istnieje, w ich miejsce zbudowano plomby. Inne są ruiną, ale część wyremontowano. Podwórka, jeszcze do niedawna zdewastowane i zrujnowane, zastawiane autami i koszami na śmieci, stają się miejscami odpoczynku i rekreacji. Na ulicach widać krzątaninę i wszelkie przejawy naszego małego kapitalizmu. Podczas moich fotograficznych spacerów spotykałem różnych mieszkańców dzielnicy. Odbyłem wiele ciekawych rozmów. Zdjęcia niektórych napotkanych osób zamieściłem w tym wyborze. Ostatniego dnia towarzyszył mi jeden z kolegów z Instytutu Historycznego, Piotr Szukiel, któremu w tym miejscu chcę serdecznie podziękować za poświęcony czas. Przekonałem się po raz kolejny, że zwiedzanie z osobistym przewodnikiem otwiera oczy na nowe miejsca i doznania.

Nadodrze zmienia się w szybkim tempie. Usuwane są ostatnie ślady II wojny (i tak długo tu się utrzymały). Otwierają się nowe punkty usługowe, powstają kolejne knajpki i restauracje. Powstają nowe budynki. Nocleg oferuje turystom kilka hosteli. Oczywiście, nie wszystkie zmiany można bezdyskusyjnie zaakceptować. Nie wszystkie przejawy artystycznej ekspresji, choćby niektóre podwórkowe murale, mi odpowiadają, ale ich prześledzenie wiele mówi o naszym czasie, potrzebach, sposobach komunikacji ze światem.

Do zdjęć dołączyłem współrzędne geograficzne. Dzięki temu można łatwo znaleźć miejsca na mapie. Wszystkie wykonałem z użyciem obiektywu 35mm a obrobiłem w Adobe Lightroom.

Pdf książki można pobrać poniżej. Będę wdzięczny za wszelkie uwagi i do zdjęć, i strony technicznej.

Krzysztof Ruchniewicz, Trzy kominy w trzy dni. Nadodrze, Wrocław 2017, ss. 58.