Ruiny zamku i kaplicy św. Sylwestra w Bochum z pewnością pojawią się tu jeszcze nie raz. Szerzej o tym miejscu napisałem na innym blogu. Zdjęcia zrobiłem wczoraj, korzystając z pięknej pogody – najbardziej urzekła mnie gra cieni. Efekt poniżej.



















Ruiny zamku i kaplicy św. Sylwestra w Bochum z pewnością pojawią się tu jeszcze nie raz. Szerzej o tym miejscu napisałem na innym blogu. Zdjęcia zrobiłem wczoraj, korzystając z pięknej pogody – najbardziej urzekła mnie gra cieni. Efekt poniżej.



















Świadomie zabrałem obiektyw 24 mm, by poćwiczyć używanie. To nie jest łatwe narzędzie — trzeba być uważnym, żeby linie się nie rozjechały…
Wczoraj miałem szczególną okazję. Byłem w Villi Hügel w Essen, przez dziesięciolecia siedzibie wielkich niemieckich przemysłowców — rodziny Kruppów. Sama budowla robi ogromne wrażenie: masywna bryła, a jednocześnie otoczona przepięknie utrzymanym parkiem o powierzchni około 50 hektarów.
Pogoda dopisała, mogłem więc zrobić zdjęcia czarno-białe.
O samej willi i o jednej z ważniejszych postaci związanych z rodziną Kruppów napisałem na moim blogu historycznym.
Nie będzie to moja ostatnia wizyta w tym miejscu.















Na pniu jednego z drzew przed laty ktoś białą farbą napisał słowo „aleja”, teraz niewyraźne. Drugie słowo jest nieczytelne, niemal zniknęło. Ten znak, naniesiony bezpośrednio na drzewo, stał się dla mnie punktem wyjścia do opowieści o miejscu, które istnieje już tylko szczątkowo — i o krajobrazie, w którym czegoś zabrakło, choć zapewne tego nie dostrzegamy…

Tematem projektu jest aleja czereśniowo w pobliżu Niemczy na Dolnym Śląsku. Drzewa posadzono przed 1945 rokiem, w czasie gdy krajobraz wiejski był planowany i użytkowany z myślą o długim trwaniu. Aleje owocowe stanowiły wówczas naturalny element dróg i pól — łączyły funkcję użytkową z porządkiem przestrzeni. Dziś pozostały po nich jedynie nieliczne ślady.
Przez dekady drzewa te były wystawione na działanie wiatru, brak pielęgnacji i stopniową degradację otoczenia. Z roku na rok ubywało ich, aż w wielu miejscach przetrwały tylko pojedyncze, z reguły uszkodzone egzemplarze. Często stoją samotnie, jakby wyrwane z dawnego kontekstu, pozbawione towarzyszy, okaleczone.
Dziś takie resztki szpalerowych nasadzeń są raczej smutnym wspomnieniem niż ciekawym czy pożytecznym elementem krajobrazu. Przypominają o dawnej odpowiedzialności za przestrzeń wspólną, o projektach, których – nomen omen – owoce spożywać może następne pokolenie.
Fotografując pozostałości jednej z takich alei, próbuję przywrócić jej podmiotowość — spojrzeć na nią nie jak na ostatni relikt przeszłości, lecz jak na świadectwo pewnego sposobu myślenia o krajobrazie, który stopniowo zanika.
Krajobraz nas otaczający nie jest jedynie zbiorem elementów naturalnych, lecz przestrzenią zaplanowaną i podporządkowaną codziennym potrzebom ludzi. Zwyczaj sadzenia drzew przy drogach i granicach pól upowszechnił się w Prusach za czasów Fryderyka II. Była to decyzja praktyczna i długofalowa — drzewa miały służyć kolejnym pokoleniom, a nie tylko bieżącemu użytkowi.
Sadzenie alei odbywało się na dużą skalę. Drzewa dawały cień mieszkańcom wsi, wojsku, czy podróżnym. Wyznaczały granice majątków i porządkowały przestrzeń. Nierzadko, jak w przypadku sadzenia drzew owocowych, stanowić miały źródło pożywienia. Pełniły również funkcję orientacyjną — w otwartym krajobrazie były czytelnymi znakami prowadzącymi przez przestrzeń. Ich obecność nadawała drogom rytm i sens, a krajobrazowi — trwałość.
Aleje nie były pozostawione same sobie. Wymagały przecież troski i regularnej pielęgnacji, a ich niszczenie podlegało surowym karom. Drzewo było elementem wspólnego dobra, inwestycją rozciągniętą w czasie, wyrazem odpowiedzialności za przestrzeń.
Współczesny krajobraz Dolnego Śląska zachował jeszcze wiele ze swego uroku, mimo rozwoju przemysłowego rolnictwa i przekształceń wiejskiej zabudowy. Jednak stare aleje owocowe zniknęły z dróg i pól niemal całkowicie. Pozostały pojedyncze drzewa lub nieliczne ich grupy. Żyjące jeszcze drzewa, bardzo już stare jak na owocowe, są zwykle chore, niepielęgnowane, zepchnięte na margines przestrzeni użytkowej.
Ich zdziesiątkowana obecność wydaje się przypadkowa, choć w rzeczywistości są one reliktem dawnego porządku. Nikt już nie myśli o dosadzaniu młodych egzemplarzy, zresztą dawne odmiany przechowują jedynie arboreta takie, jak w podniemczańskich Wojsławicach.
Zmienił się nasz sposób myślenia o przestrzeni. Drogi projektuje się dziś przede wszystkim pod kątem funkcjonalności i bezpieczeństwa kierowców i pasażerów pojazdów, a drzewa bywają postrzegane jako przeszkoda czy zagrożenie, choć niebezpieczeństwo zwykle wynika z naszej zbyt szybkiej jazdy.
Zdegenerowane ostatki owocowych alei przestały być elementem infrastruktury krajobrazu, stały się problemem wymagającym „rozwiązania”, „posprzątania”. Wraz z nimi znika wiedza o ich istotnym użytkowym charakterze i znaczeniu dla lokalnych społeczności, ale także fauny – ptaków i owadów.
Pozostałe drzewa trwają więc w swoistym zawieszeniu i oczekiwaniu na kres. Ich powolny zanik dokonuje się niemal niezauważenie — bez społecznych protestów, bez decyzji, bez czyjejś odpowiedzialności. Nie wzbudzają takiego zainteresowania i chęci obrony, jak bardziej dorodne aleje złożone z dębów, lip czy klonów.
Drzewa owocowe są w porównaniu z nimi krótkowieczne, banalne przez swą użytkowość. Ale przecież ich wiosenne kwitnienie jest niezrównanie piękne. Fotograficzne zatrzymanie tych miejsc jest próbą przywrócenia im widzialności i zadania pytania o to, czy rzeczywiście muszą zniknąć bez śladu, czy nie mogłyby „odmłodnieć” przez nowe nasadzenia.
Projekt rozpocząłem zimą — świadomie i bez pośpiechu. To pora roku, która redukuje krajobraz do formy i struktury, pozbawia go kolorów, ruchu. Drzewo zostaje odsłonięte: widać jego kształt, układ gałęzi, ślady czasu (i ludzkiej przemocy) zapisane w korze. W zestawieniu z uśpioną przyrodą nagie drzewa stają się bardziej obecne, niemal natarczywie widoczne.
Zima sprzyja koncentracji obserwacji. Pustka wokół wzmacnia poczucie samotności drzew i podkreśla ich kruchość. Brak liści i koloru usuwa kontekst, który mógłby odciągać uwagę. Krajobraz jakby cichnie, a fotografia staje się zapisem tej ciszy. W takich warunkach łatwiej dostrzec to, co zazwyczaj umyka spojrzeniu.
Zdjęcia wykonałem w czerni i bieli. Ten wybór nie był wyłącznie decyzją estetyczną, lecz sposobem na podkreślenie ponadczasowości tematu. Monochromatyczny obraz pozwala skupić się na relacji światła i cienia, na fakturze i geometrii drzew. Zima stała się tu nie tylko porą roku, lecz także narzędziem opowieści.









Do tych drzew, dzielnych ostańców, wrócę po kilku miesiącach, gdy – jak mam nadzieję – jeszcze raz w ich długim życiu zaczną kwitnąć. Ten powrót będzie próbą ponownego odczytania miejsca — sprawdzeniem, jak zmieniło się wraz z nadejściem wiosny.
Zimowa cisza ustąpi intensywności form i światła, a drzewa, dotąd nagie i surowe, pokażą swoją kruchą obfitość. Zakwitną jeszcze raz jakby na przekór naszej obojętności, czasowi, losowi, który co rusz sprowadza zagładę na kolejne z nielicznych rosnących jeszcze egzemplarzy.
Interesuje mnie konfrontacja dwóch stanów: uśpienia i rozkwitu. Chcę zobaczyć, czy kwitnienie przywróci alei dawną widzialność, czy pozwoli spojrzeć na nią nie tylko jak na relikt przeszłości, lecz jak na żywy element krajobrazu. Powrót stanie się też próbą odpowiedzi na pytanie, na ile zmiana pory roku zmienia nasze postrzeganie wartości tego miejsca.
Chcę też sprawdzić, czy powtarzanie zdjęć może stać się formą troski i czy dostrzeżona zmiana zrodzi potrzebę działania, a nie tylko nostalgicznej kontemplacji.
Celem projektu jest zwrócenie uwagi na zanikające aleje drzew owocowych — nie tylko jako zwykle nieuznawane pomniki przyrody, lecz także jako element użytkowego, racjonalnie zaplanowanego krajobrazu. Drzewa te przez dziesięciolecia dawały cień, pożywienie i porządek przestrzeni. Ich obecność była wynikiem myślenia długofalowego, dziś coraz rzadszego.
Fotografia staje się tu narzędziem uważności, a nie dokumentacji dla samej dokumentacji. Ma przywrócić widzialność temu, co tak łatwo omijamy wzrokiem, i zadać pytanie o odpowiedzialność — zarówno instytucjonalną, jak i indywidualną.
Na potrzeby tego wpisu wybrałem sześć pierwszych zdjęć. To jedynie fragment większego materiału, który powstaje w ramach projektu.
Zdjęcia wykonałem zarówno cyfrowo, jak i analogowo. Pracowałem z dwiema ogniskowymi — 35 i 50 mm — korzystając z obiektywów pochodzących z różnych dekad. To świadomy wybór, który pozwala zachować ogólną spójność spojrzenia, a jednocześnie subtelnie różnicować sposób zapisu.
Ten zestaw jest pierwszym aktem projektu. Kolejne fotografie, wykonane w innych porach roku, będą jego naturalnym rozwinięciem.

Ponownie odwiedziłem Miejsce historyczne i miejsce pamięci KL Dachau. Towarzyszyły mi słowa pisarza Gustawa Morcinka, więźnia tego obozu. W zakończeniu do napisanych późnym latem 1945 roku roku „Listów spod morwy” nakreślił odczucia nie tylko swoje, ale i wielu współwięźniów, zmienionych nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie przez tragiczne obozowe doświadczenia.
Dostrzegł już wtedy, kilka miesięcy po rozbiciu nazistowskich Niemiec, potrzebę szukania porozumienia z niedawnym wrogiem i wybaczenia, które może być szansą na nowe życie i prawdziwe wyzwolenie.
Dedykuję te zdania nam wszystkim, zwłaszcza tym bez miary zagłębiającym się w zacietrzewienie, niechęć, być może już nienawiść. Może warto wsłuchać się w wypowiedzi sprzed lat i zastanowić się nad nimi. Łatwo rzucać na prawo i lewo oskarżenia pod adresem innych, gdy żyje się – ciągle jeszcze – w komfortowych warunkach i nie staje się bezpośrednio przed wyzwaniem udowodnienia własnym czynem bycia człowiekiem w „nieludzkich czasach”.
Często te demonstrowane w sferze werbalnej bezkompromisowe postawy wobec minionego, kontrastują z równolegle manifestowanym brakiem elementarnego zrozumienia i współczucia do bliźnich w bliższym lub dalszym otoczeniu. Bo są inni, obcy, a więc dziwni, groźni, zbędni… bo nie są Polakami.
Chętnie podkreślamy nasze wyjątkowe, jak uznajemy, wartości, mienimy się dziedzicami wielkich ludzi i czynów. Niedawno minęła 60. rocznica listu biskupów polskich do biskupów niemieckich. Minęła raczej cicho, w atmosferze obojętności. Została właściwie odfajkowana. Wiele to mówi o nas i obecnym czasie.
Gustaw Morcinek tak pisał:
„(…) widzę, że wszyscy stąd odchodzimy jako kaleki. Jak żołnierz, który stracił rękę czy nogę na wojnie, tak i my zatraciliśmy coś ze swej wewnętrznej istoty w ciągu tych przeszło pięciu lat w obozach. Czujemy pustkę koło siebie, czujemy pustkę w sobie. Doznajemy wrażenia, że znajdujemy się w bolesnej próżni. Pustkę wypełniając marzeniami, lecz jakież one biedne i również kalekie…
Najboleśniejszym może to dla nas, – jeżeli ktoś z nas wierzącym – że już nie umiemy się modlić. Bo gdy ktoś z nas zacznie odmawiać w chwili wzruszenia tę najpiękniejszą modlitwę, jaką kiedykolwiek człowiek wyszeptał. ‚Ojcze nasz, który jesteś w niebie’, to spostrzeże, iż tak trudno wypowiedzieć szczerze tamte słowa:… i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom!’
Słowa te są dla nas, jak kamień na prostej drodze, na którym boleśnie się potykamy. Na słowach tych załamujemy się i nie kończymy naszej modlitwy.
Lecz podobnie, jak w obozie, miał człowiek wiarę, iż przyjdzie dzień wyzwolenia, a wiara ta utrzymywała go przy życiu, tak i teraz pragnie mieć tę wiarę, iż może kiedyś przyjdzie chwila, taka dziwnie radosna, cicha, pokorna chwila w życiu, kiedy będzie mógł wyszeptać owe proste słowa: ‚… i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom!’.”























Instalacja w Lesie Szpęgawskim, miejscu masowej zbrodni dokonanej przez Niemców na początku II wojny światowej oddziaływuje swą symboliką i przemyślanym wykonaniem. Powstała niedawno. Z betonu wykonano wysokie słupy, które przypominać mają las. Tworzą labirynt, który w czasie przemierzania go wywołuje niepewność, zagubienie, obawę. Między kamiennym lasem umieszczono betonowe pniaki, na słojach których wyryto nazwiska ofiar. Prawdziwy las wokół stanowi tło i przedłużenie instalacji.











Zdjęcia zrobiłem wieczorem obiektywem stałoogniskowym 50mm. Edycję zdjęć ograniczyłem do minimum.

Dzisiaj byłem na dłuższym spacerze. Prawdziwie letnia aura mimo zbliżającego się wieczoru. W torbie miałem aparat monochromatyczny. Liczyłem na kolejne chwytanie obiektywem gry światła z cieniem… Nie rozczarowałem się. Przy okazji chciałem zrobić zdjęcia wojennym pomnikom sprzed ponad stu lat. Spacer zakończył się nieoczekiwanym znaleziskiem. Napisałem o nim na blogu z historią. Tutaj prezentuję kilka zdjęć ze spaceru.














Zrobiłem je obiektywem stałoogniskowym 50mm. Edycję ograniczyłem do minimum.

Dzisiaj zrobiłem pierwsze zdjęcia Elmaritem-M 28mm. Ładna pogoda sprzyjała fotografowaniu. Wybrałem jeden temat: kościół pw. św. Mikołaja w Miłoszycach (inne zdjęcia ukażą się wkrótce w innym miejscu).












Zmieniałem przysłony, pozycję aparatu. Tylko w jednym przypadku inaczej skadrowałem zdjęcie. Pozostałych zdjęć nie musiałem specjalnie edytować, kolory oraz układ pozostały niezmienione.
28mm bardzo mi odpowiada. Wprawdzie Elmarit-M nie należy do tzw. jasnych, jednak nie przeszkadza mi to. Natomiast charakteryzuje się dobrą ostrością na całej klatce już od otwartej przesłony. Nie zauważyłem żadnych zniekształceń optycznych.

Po kilku wietrznych i deszczowych dniach wróciła (czy na dłużej?) zima. Zdjęcia zrobiłem w czasie opadów śniegu. Motyw dobrze znany, jeden z opuszczonych wiejskich domów. Fotografuję go już od kilku lat. Oto opuszczona chata, w sąsiedztwie stajnia. Za chwilę święta… I śnieg…






Zdjęcia wykonanem obiektywem stałoogniskowym 35mm.

Po zapadnięciu zmroku siedziba władz gminy Jelcz-Laskowice, zmieniła się w bajkowy pałac. Na fasadzie wyświetlono różne motywy związane ze świętami Bożego Narodzenia. Multimedialny pokaz był częścią VII Jarmarku Adwentowego. Towarzyszyły mu różne atrakcje. Na stoiskach można było skosztować i kupić smakołyki lokalnych producentów i wytwórców. Jako niebanalny świąteczny upominek można było nabywać rękodzieło miejscowych artystów, dzielnie walczących z zalewającą nas „chińszczyzną” i plastikiem.
Bez wątpienia był to bardzo udany festiwal różności. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Kupić, pooglądać, skosztować, podziwiać pokazy tancerzy i szczudlarzy, posłuchać orkiestry dętej wykonującej nieśmiertelne świąteczne standardy.
Organizacja wydarzenia była perfekcyjna (główną rolę odegrało tu Miejsko-Gminne Centrum Kultury), a pogoda na szczęście znośna (zima jednak w odwrocie…).
Kulminacją jarmarku było uroczyste zapalenie światełek na dorodnej choince rosnącej obok pałacu (warto podkreślić, że to żywe drzewo „wielokrotnego użytku”). Władze samorządowe złożyły mieszkańcom życzenia, chętni mogli otrzymać gminny kalendarz na nowy rok.
Jedyny mankament to niezbyt odpowiedni pod tak tłumne imprezy teren. Nasz pałac stanowi wspaniałe tło, ale przy takiej liczbie uczestników nie udało się uniknąć brodzenia w topniejącym śniegu i deptania rabat i trawników…





















Zdjęcia zrobiłem obiektywem szerokokątnym 21mm. Pomocny okazał się elektroniczny wizjer. Zdjęcia robiłem z ręki na otwartej przysłonie. Nie przesadzałem z iso (800).

Całą noc prószył drobny śnieg. Z dnia na dzień zmieniło się otoczenie i potencjalna zawartośc kadrów. Wziąłem więc aparat do ręki. Na korpusie miałem założony obiektyw szerokokątny 21mm. Powoli przyzwyczajam się do tej ogniskowej.
Zmiana przysłony sprawia naprawdę przyjemność. Daje duże możliwości kreowania obrazu. Na drogi wyjechały pierwsze pługi, nie zabrakło też aut policyjnych. Kierowcy mogą się więc czuć bezpieczni!
Mam nadzieję, że śnieg się utrzyma i będę mógł kontynuować projekt „Małe Essen”.











