Ponownie odwiedziłem Miejsce historyczne i miejsce pamięci KL Dachau. Towarzyszyły mi słowa pisarza Gustawa Morcinka, więźnia tego obozu. W zakończeniu do napisanych późnym latem 1945 roku roku „Listów spod morwy” nakreślił odczucia nie tylko swoje, ale i wielu współwięźniów, zmienionych nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie przez tragiczne obozowe doświadczenia.
Dostrzegł już wtedy, kilka miesięcy po rozbiciu nazistowskich Niemiec, potrzebę szukania porozumienia z niedawnym wrogiem i wybaczenia, które może być szansą na nowe życie i prawdziwe wyzwolenie.
Dedykuję te zdania nam wszystkim, zwłaszcza tym bez miary zagłębiającym się w zacietrzewienie, niechęć, być może już nienawiść. Może warto wsłuchać się w wypowiedzi sprzed lat i zastanowić się nad nimi. Łatwo rzucać na prawo i lewo oskarżenia pod adresem innych, gdy żyje się – ciągle jeszcze – w komfortowych warunkach i nie staje się bezpośrednio przed wyzwaniem udowodnienia własnym czynem bycia człowiekiem w „nieludzkich czasach”.
Często te demonstrowane w sferze werbalnej bezkompromisowe postawy wobec minionego, kontrastują z równolegle manifestowanym brakiem elementarnego zrozumienia i współczucia do bliźnich w bliższym lub dalszym otoczeniu. Bo są inni, obcy, a więc dziwni, groźni, zbędni… bo nie są Polakami.
Chętnie podkreślamy nasze wyjątkowe, jak uznajemy, wartości, mienimy się dziedzicami wielkich ludzi i czynów. Niedawno minęła 60. rocznica listu biskupów polskich do biskupów niemieckich. Minęła raczej cicho, w atmosferze obojętności. Została właściwie odfajkowana. Wiele to mówi o nas i obecnym czasie.
Gustaw Morcinek tak pisał:
„(…) widzę, że wszyscy stąd odchodzimy jako kaleki. Jak żołnierz, który stracił rękę czy nogę na wojnie, tak i my zatraciliśmy coś ze swej wewnętrznej istoty w ciągu tych przeszło pięciu lat w obozach. Czujemy pustkę koło siebie, czujemy pustkę w sobie. Doznajemy wrażenia, że znajdujemy się w bolesnej próżni. Pustkę wypełniając marzeniami, lecz jakież one biedne i również kalekie…
Najboleśniejszym może to dla nas, – jeżeli ktoś z nas wierzącym – że już nie umiemy się modlić. Bo gdy ktoś z nas zacznie odmawiać w chwili wzruszenia tę najpiękniejszą modlitwę, jaką kiedykolwiek człowiek wyszeptał. ‚Ojcze nasz, który jesteś w niebie’, to spostrzeże, iż tak trudno wypowiedzieć szczerze tamte słowa:… i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom!’
Słowa te są dla nas, jak kamień na prostej drodze, na którym boleśnie się potykamy. Na słowach tych załamujemy się i nie kończymy naszej modlitwy.
Lecz podobnie, jak w obozie, miał człowiek wiarę, iż przyjdzie dzień wyzwolenia, a wiara ta utrzymywała go przy życiu, tak i teraz pragnie mieć tę wiarę, iż może kiedyś przyjdzie chwila, taka dziwnie radosna, cicha, pokorna chwila w życiu, kiedy będzie mógł wyszeptać owe proste słowa: ‚… i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom!’.”






















