Pomysł był prosty. Instytut Historyczny, którego jestem pracownikiem, szykuje się do kolejnego etapu remontu. Koleżanki i koledzy ze skrzydła wschodniego i części północno-wschodniej zostali już przeprowadzeni do budynku po dawnej bibliotece uniwersyteckiej przy ul. Szajnochy. W pokojach nic nie zostało. Jeszcze kilka miesięcy temu pracowano w nich, odbywano posiedzenia, konsultacje, toczyły się rozmaite dyskusje. Każdy z nas „zagospodarowywał” przestrzeń na własny sposób. Jedni wieszali firanki, inni zostawiali okna niezasłonięte. Na ścianach wisiały zdjęcia, plakaty czy mapy. Czasem na parapecie stał kwiat. Drzwi – poza wizytówką o godzinach konsultacji – służyły jako tablica informacyjna, zwłaszcza w okresie sesji. Pomyślałem, że to dobra okazja, by uwiecznić moment przełomu, pożegnanie starego świata albo, jak kto woli, przejścia z jednego do drugiego rozdziału w dziejach budynku i naszej placówki. Po obejrzeniu pierwszych pomieszczeń i zrobieniu kilku próbnych zdjęć, szybko musiałem skorygować moje wstępne zamierzenie. Mój mały projekt przerodził się w podróż w przeszłość, ożyły stare wspomnienia.

Krzesło

W jednej z pierwszych sal znalazłem ustawione pośrodku krzesło. W czasie studiów miałem zajęcia ze wstępu do badań historycznych z pewnym adiunktem. Nikt specjalnie z nas go nie lubił. Uważano za tępego aparatczyka, wiernego linii jedynej ówczesnej partii (mówimy o schyłku lat 80. XX w.).

Jakie było nasze zdziwienie, gdy na pewnych zajęciach postawił na stole przed nami krzesło i zaproponował jako ćwiczenie zrobienie jego opis z punktu widzenia historyka. Mieliśmy przenieść się w przyszłość, wyobrazić sobie totalną katastrofę, z której uratował się tylko ten jeden przedmiot.

Dlaczego właśnie ten? Nie było istotne. Mieliśmy zastanowić się, jaką informację on przekazuje, co można było powiedzieć o stopniu rozwoju cywilizacji. Dzisiaj, kiedy wróciły nagle te wspomnienia, zostałem znów skonfrontowany z tym jednym osamotnionym krzesłem. Przez żaluzje padały mocne promienie słońca, lekko oświetlały pomieszczenie.

Książki

Chyba nie było pokoju w instytucie, w którym nie królowałyby książki. Ustawione często jeszcze w poniemieckich regałach były wizytówką każdego z nas. Mówiły o naszych zainteresowaniach, pokazywały osobisty dorobek. Porządne rzędy z biegiem lat zmieniały się we wciskane niemal na siłę zwałowiska tomów. Remont i przeprowadzka zmusiły wreszcie do przejrzenia księgozbioru, dokonania selekcji.

Część książek – już wydawałoby się niepotrzebnych – trafiła na jeden z szerokich parapetów. Dla mnie to zawsze okazja do pomyszkowania, której nie mogę się oprzeć. Jakie było moje zaskoczenie, gdy nagle znalazłem jedną ze swoich publikacji. Była w niej dedykacji dla mojego Profesora sprzed … 20 lat. I w tym przypadku wspomnienia znów ożyły.

W centrum Instytutu, zanim ruszyły wieloetapowe remonty, znajdowała się oczywiście biblioteka. Mieściła się na I piętrze, prowadziły do niej drzwi umieszczone przy głównej klatce schodowej. Do magazynu mogli wejść opok bibliotekarzy także pracownicy Instytutu. Regały z książkami sięgały aż do sufitu, więc by wyciągnąć poszukiwaną pozycję często trzeba było wchodzić na specjalną drabinę.

W jednym z pokoi, gdzie przez lata „urzędował” jeden z naszych kolegów, dzisiaj profesor, znajdowały się tzw. prohibita. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy wypożyczaliśmy te książki na noc. Zakaz udostępniania studentom niby dalej istniał, jednak dzięki odpowiedniej postawie bibliotekarzy mogliśmy nieoficjalnie sięgać po każdą „zakazaną” książkę. Po dawnej bibliotece i jej magazynach niewiele już zostało śladów. Biblioteka ma teraz nową siedzibę. Tylko regały, stoły i krzesła są ostatnimi niemymi świadkami naszej dawnej książnicy. Czy jeszcze ktoś wstawi do poniemieckiego stojaka swój parasol?

Okna, zamki i okucia

Przechodząc między pokojami, salami wykładowymi na różnych piętrach nie sposób nie zatrzymać się przy małych detalach. Budynek na Szewskiej posiada ich mimo wszystkich przeróbek całkiem sporo. Dawny pałac książąt legnicko-brzeskich, ich średniowieczna rezydencja miejska, przez stulecia ulegał różnych zmianom. W narożniku budynku zachowały się XIV-wieczne pomieszczenia sklepione krzyżowo lub krzyżowo-żebrowo.

Na początku XXVIII wieku pałac przeszedł w ręce sióstr urszulanek. Z tych czasów pozostały barokowe okucia drzwi oraz zamki. Klamki do okien także z tego okresu pokazują rozwój tego rodzaju rozwiązań. Po sekularyzacji zakonów, przeprowadzonej w Prusach w 1810 r., budynki na Szewskiej przejęła policja państwowa (pod koniec XIX wieku dobudowano kolejne skrzydła).

Ostatni remont przeprowadzono w 1930 roku po przejęciu budynku przez Śląski Uniwersytet Fryderyka Wilhelma od policji, która miała już w tym czasie nowy, bardziej reprezentacyjny obiekt. Przy Szewskiej lokum znalazło nie tylko seminarium historyczne (pierwsze piętro), ale i teologia ewangelicka i niektóre filologie, w tym orientalistyka (drugie piętro), oraz… seminarium matematyczne, jak dowiadujemy się z uniwersyteckiego informatora z 1931 roku.

W naszym budynku zachowało się wiele mebli z okresu międzywojennego. Solidne stoły seminaryjne pokryte zieloną okleiną, biurka z obszernymi szufladami, krzesła z wygodnymi oparciami, podręczne etażerki na książki. Przetrwały także lampy sufitowe i porcelanowe wyłączniki na ścianach. W niektórych gabinetach były jeszcze malutkie umywalki z oryginalnymi kranami. Nadal duże wrażenie robi działający mechanizm do automatycznego zamykania drzwi.

Biurko i zapach

Moje peregrynacje zakończyłem na „Olimpie” i … strychu. Po przekroczeniu „Olimpu”, tak nazywano potocznie pokoje starożytników na drugim piętrze, od razu pojawił się charakterystyczny zapach, który znałem ze studiów (w żadnym innym pomieszczeniu nie był go). Nie potrafię wyjaśnić, co było jego źródłem. Czy były to regały i książki, czy wykładzina (raczej ta ostatnia).

Znalazłem się w pokoju z biurkiem, gdzie przed wielu laty egzaminował nas prof. Tadeusz Kotula. Nie był to łatwy egzamin. Ponieważ zadeklarowałem znajomość języka niemieckiego, Profesor wyciągnął książkę w tym języku i poprosił o przetłumaczenie fragmentu. Sam znał kilka języków, bardzo nam imponował. W innym pomieszczeniu przy długim stole odbywały się proseminaria. Potem moje zainteresowania się zmieniły, przeniosły się na wiek XX naszej ery…

Zdjęcia wykonałem dwoma obiektywami, 28mm i 35mm. Nie użyłem lampy błyskowej. Większość zdjęć zrobiłem z przesłoną 4,0, iso ustawiłem na 400. Edycję ograniczyłem do minimum. Zależało mi na oddaniu atmosfery pustki, ale i oczekiwania na zmianę.

Dziękuję mojemu instytutowemu koledze, prof. Mironowi Urbaniakowi za towarzyszenie w czasie peregrynacji po gabinetach, salach i zakamarkach instytutu i zwrócenie uwagi na interesujące szczegóły.

Krzysztof Ruchniewicz, Powrót do przeszłości, Wrocław 2020 (plik do pobrania jako pdf).