Tag: 35mm

  • Kolejne wprawki

    Kolejne wprawki

    Miejsce mojego obecnego pobytu stało się wdzięcznym tematem różnych fotograficznych wprawek. Testuję obiektywy i kamery. Do zamieszczonych zdjęć użyłem trzech obiektywów stałoogniskowych: 28, 35 oraz 50 mm. Pochodzą z różnych okresów — od lat 50. po 90. XX wieku. Zdjęcia robiłem aparatami Leica M3, M4 i MP.
    Od dłuższego czasu używam profesjonalnego czeskiego filmu Fomapan 200. Jestem z niego zadowolony, choć okres testów powoli dobiega końca i chciałbym teraz ponownie sięgnąć po Ilforda.

    Filmy wywołałem samodzielnie, a następnie zeskanowałem aparatem fotograficznym. Ten sposób przekonuje mnie bardziej niż skanowanie przy użyciu tradycyjnego skanera. Jestem zadowolony z jakości — nie mam problemów z paproszkami, a sam proces skanowania znacznie się skrócił.

    Do motywu zamku, kaplicy i najbliższej okolicy z pewnością będę jeszcze wracał. Czekam na kolejną dobrą pogodę, a przede wszystkim na piękne światło.

    Na koniec jeszcze drobna uwaga techniczna: wykorzystałem tradycyjne filtry żółty i pomarańczowy.

  • Niebieskie niebo

    Niebieskie niebo

    Z okazji przypadającej w tych dniach 81. rocznicy ewakuacji AL Fünfteichen (obecnie Miłoszyce na Dolnym Śląsku) Stowarzyszenie Lokalna Grupa Zwiadowców Historii zorganizowało „spacer pamięci” do miejsc związanych z funkcjonowaniem obozu. Frekwencja dopisała.

    Spacer był okazją do upamiętnienia, a także do bezpośrednich rozmów.

    Wybór zdjęć poniżej.

  • Aleja czereśniowa. Opis projektu

    Aleja czereśniowa. Opis projektu

    Na pniu jednego z drzew przed laty ktoś białą farbą napisał słowo „aleja”, teraz niewyraźne. Drugie słowo jest nieczytelne, niemal zniknęło. Ten znak, naniesiony bezpośrednio na drzewo, stał się dla mnie punktem wyjścia do opowieści o miejscu, które istnieje już tylko szczątkowo — i o krajobrazie, w którym czegoś zabrakło, choć zapewne tego nie dostrzegamy…

    Aleja

    Tematem projektu jest aleja czereśniowo w pobliżu Niemczy na Dolnym Śląsku. Drzewa posadzono przed 1945 rokiem, w czasie gdy krajobraz wiejski był planowany i użytkowany z myślą o długim trwaniu. Aleje owocowe stanowiły wówczas naturalny element dróg i pól — łączyły funkcję użytkową z porządkiem przestrzeni. Dziś pozostały po nich jedynie nieliczne ślady.

    Przez dekady drzewa te były wystawione na działanie wiatru, brak pielęgnacji i stopniową degradację otoczenia. Z roku na rok ubywało ich, aż w wielu miejscach przetrwały tylko pojedyncze, z reguły uszkodzone egzemplarze. Często stoją samotnie, jakby wyrwane z dawnego kontekstu, pozbawione towarzyszy, okaleczone.

    Dziś takie resztki szpalerowych nasadzeń są raczej smutnym wspomnieniem niż ciekawym czy pożytecznym elementem krajobrazu. Przypominają o dawnej odpowiedzialności za przestrzeń wspólną, o projektach, których – nomen omen – owoce spożywać może następne pokolenie.

    Fotografując pozostałości jednej z takich alei, próbuję przywrócić jej podmiotowość — spojrzeć na nią nie jak na ostatni relikt przeszłości, lecz jak na świadectwo pewnego sposobu myślenia o krajobrazie, który stopniowo zanika.

    Dawniej

    Krajobraz nas otaczający nie jest jedynie zbiorem elementów naturalnych, lecz przestrzenią zaplanowaną i podporządkowaną codziennym potrzebom ludzi. Zwyczaj sadzenia drzew przy drogach i granicach pól upowszechnił się w Prusach za czasów Fryderyka II. Była to decyzja praktyczna i długofalowa — drzewa miały służyć kolejnym pokoleniom, a nie tylko bieżącemu użytkowi.

    Sadzenie alei odbywało się na dużą skalę. Drzewa dawały cień mieszkańcom wsi, wojsku, czy podróżnym. Wyznaczały granice majątków i porządkowały przestrzeń. Nierzadko, jak w przypadku sadzenia drzew owocowych, stanowić miały źródło pożywienia. Pełniły również funkcję orientacyjną — w otwartym krajobrazie były czytelnymi znakami prowadzącymi przez przestrzeń. Ich obecność nadawała drogom rytm i sens, a krajobrazowi — trwałość.

    Aleje nie były pozostawione same sobie. Wymagały przecież troski i regularnej pielęgnacji, a ich niszczenie podlegało surowym karom. Drzewo było elementem wspólnego dobra, inwestycją rozciągniętą w czasie, wyrazem odpowiedzialności za przestrzeń.

    Dzisiaj

    Współczesny krajobraz Dolnego Śląska zachował jeszcze wiele ze swego uroku, mimo rozwoju przemysłowego rolnictwa i przekształceń wiejskiej zabudowy. Jednak stare aleje owocowe zniknęły z dróg i pól niemal całkowicie. Pozostały pojedyncze drzewa lub nieliczne ich grupy. Żyjące jeszcze drzewa, bardzo już stare jak na owocowe, są zwykle chore, niepielęgnowane, zepchnięte na margines przestrzeni użytkowej.

    Ich zdziesiątkowana obecność wydaje się przypadkowa, choć w rzeczywistości są one reliktem dawnego porządku. Nikt już nie myśli o dosadzaniu młodych egzemplarzy, zresztą dawne odmiany przechowują jedynie arboreta takie, jak w podniemczańskich Wojsławicach.

    Zmienił się nasz sposób myślenia o przestrzeni. Drogi projektuje się dziś przede wszystkim pod kątem funkcjonalności i bezpieczeństwa kierowców i pasażerów pojazdów, a drzewa bywają postrzegane jako przeszkoda czy zagrożenie, choć niebezpieczeństwo zwykle wynika z naszej zbyt szybkiej jazdy.

    Zdegenerowane ostatki owocowych alei przestały być elementem infrastruktury krajobrazu, stały się problemem wymagającym „rozwiązania”, „posprzątania”. Wraz z nimi znika wiedza o ich istotnym użytkowym charakterze i znaczeniu dla lokalnych społeczności, ale także fauny – ptaków i owadów.

    Pozostałe drzewa trwają więc w swoistym zawieszeniu i oczekiwaniu na kres. Ich powolny zanik dokonuje się niemal niezauważenie — bez społecznych protestów, bez decyzji, bez czyjejś odpowiedzialności. Nie wzbudzają takiego zainteresowania i chęci obrony, jak bardziej dorodne aleje złożone z dębów, lip czy klonów.

    Drzewa owocowe są w porównaniu z nimi krótkowieczne, banalne przez swą użytkowość. Ale przecież ich wiosenne kwitnienie jest niezrównanie piękne. Fotograficzne zatrzymanie tych miejsc jest próbą przywrócenia im widzialności i zadania pytania o to, czy rzeczywiście muszą zniknąć bez śladu, czy nie mogłyby „odmłodnieć” przez nowe nasadzenia.

    Zima

    Projekt rozpocząłem zimą — świadomie i bez pośpiechu. To pora roku, która redukuje krajobraz do formy i struktury, pozbawia go kolorów, ruchu. Drzewo zostaje odsłonięte: widać jego kształt, układ gałęzi, ślady czasu (i ludzkiej przemocy) zapisane w korze. W zestawieniu z uśpioną przyrodą nagie drzewa stają się bardziej obecne, niemal natarczywie widoczne.

    Zima sprzyja koncentracji obserwacji. Pustka wokół wzmacnia poczucie samotności drzew i podkreśla ich kruchość. Brak liści i koloru usuwa kontekst, który mógłby odciągać uwagę. Krajobraz jakby cichnie, a fotografia staje się zapisem tej ciszy. W takich warunkach łatwiej dostrzec to, co zazwyczaj umyka spojrzeniu.

    Zdjęcia wykonałem w czerni i bieli. Ten wybór nie był wyłącznie decyzją estetyczną, lecz sposobem na podkreślenie ponadczasowości tematu. Monochromatyczny obraz pozwala skupić się na relacji światła i cienia, na fakturze i geometrii drzew. Zima stała się tu nie tylko porą roku, lecz także narzędziem opowieści.

    Powrót

    Do tych drzew, dzielnych ostańców, wrócę po kilku miesiącach, gdy – jak mam nadzieję – jeszcze raz w ich długim życiu zaczną kwitnąć. Ten powrót będzie próbą ponownego odczytania miejsca — sprawdzeniem, jak zmieniło się wraz z nadejściem wiosny.

    Zimowa cisza ustąpi intensywności form i światła, a drzewa, dotąd nagie i surowe, pokażą swoją kruchą obfitość. Zakwitną jeszcze raz jakby na przekór naszej obojętności, czasowi, losowi, który co rusz sprowadza zagładę na kolejne z nielicznych rosnących jeszcze egzemplarzy.

    Interesuje mnie konfrontacja dwóch stanów: uśpienia i rozkwitu. Chcę zobaczyć, czy kwitnienie przywróci alei dawną widzialność, czy pozwoli spojrzeć na nią nie tylko jak na relikt przeszłości, lecz jak na żywy element krajobrazu. Powrót stanie się też próbą odpowiedzi na pytanie, na ile zmiana pory roku zmienia nasze postrzeganie wartości tego miejsca.

    Chcę też sprawdzić, czy powtarzanie zdjęć może stać się formą troski i czy dostrzeżona zmiana zrodzi potrzebę działania, a nie tylko nostalgicznej kontemplacji.

    Cel

    Celem projektu jest zwrócenie uwagi na zanikające aleje drzew owocowych — nie tylko jako zwykle nieuznawane pomniki przyrody, lecz także jako element użytkowego, racjonalnie zaplanowanego krajobrazu. Drzewa te przez dziesięciolecia dawały cień, pożywienie i porządek przestrzeni. Ich obecność była wynikiem myślenia długofalowego, dziś coraz rzadszego.

    Fotografia staje się tu narzędziem uważności, a nie dokumentacji dla samej dokumentacji. Ma przywrócić widzialność temu, co tak łatwo omijamy wzrokiem, i zadać pytanie o odpowiedzialność — zarówno instytucjonalną, jak i indywidualną. 

    Projekt nie formułuje gotowych odpowiedzi, lecz zachęca do refleksji nad tym, czy potrafimy jeszcze dostrzec wartość w rzeczach prostych, trwałych, ale i wymagających troski.

    Efektem końcowym ma być wystawa, a następnie publikacja. Ich celem nie jest zamknięcie tematu, lecz jego otwarcie — jako zaproszenia do rozmowy o ochronie krajobrazu, o praktycznym wykorzystaniu drzew owocowych i o możliwości ocalenia tego, co wciąż jeszcze można uratować.

    Uwagi końcowe

    Na potrzeby tego wpisu wybrałem sześć pierwszych zdjęć. To jedynie fragment większego materiału, który powstaje w ramach projektu.

    Zdjęcia wykonałem zarówno cyfrowo, jak i analogowo. Pracowałem z dwiema ogniskowymi — 35 i 50 mm — korzystając z obiektywów pochodzących z różnych dekad. To świadomy wybór, który pozwala zachować ogólną spójność spojrzenia, a jednocześnie subtelnie różnicować sposób zapisu.

    Ten zestaw jest pierwszym aktem projektu. Kolejne fotografie, wykonane w innych porach roku, będą jego naturalnym rozwinięciem.

  • Bystrzyca Kłodzka. Panorama

    Bystrzyca Kłodzka. Panorama

    Dziś trafił się wymarzony dzień na fotografowanie. Słońce pięknie świeciło, więc w drodze powrotnej na chwilę zatrzymałem się w Bystrzycy Kłodzkiej. Wygodny zjazd z drogi wprost na parking na Górze św. Floriana zachęca do odwiedzenia parku. Choć zabudowa miasta była już w cieniu, w zestawieniu z jasnym niebem powstał bardzo dobry efekt.

    Kolejne zdjęcia utwierdziły mnie w przekonaniu, że Bystrzyca to wyjątkowo wdzięczny temat fotograficzny. Doskonale zachowany średniowieczny układ miasta — mury i baszty — uzupełniające się wieże kościoła i ratusza oraz bryły budynków urzędowych i szkolnych. Cztery kadry wystarczyły, by powstała pełna panorama miasta z zimowym tłem.


    Zdjęcie chętnie udostępnię zainteresowanym. Proszę o krótką wiadomość mailową lub kontakt prywatny przez Facebooka bądź LinkedIn. Prześlę link do pobrania pliku
    w wyższej rozdzielczości (wymiary zdjęcia: 47,5 × 20,3). W przypadku wykorzystania proszę o podanie mojego imienia i nazwiska jako autora.

  • 12X12 (2025). Analogowo

    12X12 (2025). Analogowo

    Postanowiłem wprowadzić nową zakładkę: Zdjęcia analogowe. Przeglądając fotografie z ubiegłego roku, zauważyłem, że wykonałem ich całkiem sporo — najczęściej w formacie małym i średnim. Stanowią one około 1/15 całości. Czy to już oznaka zmiany w sposobie, w jaki uprawiam fotografię?

    Nowe modele

    Być może ma to związek z korzystaniem z kolejnych analogowych modeli Leiki M. Dzięki różnym kontaktom i zakupom udało mi się zgromadzić większość tych aparatów, na których posiadaniu rzeczywiście mi zależało. Każdy z nich był od początku w pełni sprawny, więc nie skończyło się na szybkich testach. Bywały tygodnie, kiedy fotografowałem wyłącznie analogowo.

    Drugim powodem mogła być chęć znalezienia filmu najlepiej odpowiadającego moim oczekiwaniom. Testowałem produkty kilku firm. Najbardziej odpowiada mi Ilford HP4 Plus, choć od pewnego czasu sięgam również po Fomapan. Film kupuję w szpuli i samodzielnie nawijam do kasetek. Ku mojemu zaskoczeniu poszło to całkiem sprawnie.

    Obróbka

    Zaopatrzyłem się w nawijarkę do filmu, oczywiście korzystam też z kołnierza ciemniowego. Transport filmu ze szpuli do kasetki przebiega bezproblemowo. Wymaga to odrobiny wprawy, ale umiejętność tę zdobywa się szybko. W efekcie koszt filmu zmniejsza się niemal o połowę.

    Podczas pobytu w Warszawie korzystałem z oferty wywoływania i skanowania filmów w Fotoformie — z czystym sumieniem polecam. Wkrótce jednak wrócę do samodzielnego wywoływania i skanowania. Rozglądam się za skanerem, który lepiej odpowiadałby moim potrzebom.

    Końcową obróbkę zdjęć nadal wykonuję w Capture One. Do Lightrooma wciąż nie mogę się przekonać, choć być może stanie się to jednym z fotograficznych wyzwań na nowy rok.

    Plany

    Chciałbym na żywo, w tzw. w realu wymieniać się doświadczeniami i opiniami na temat fotografii tradycyjnej. Być może uda mi się znaleźć w okolicy podobnych entuzjastów i wspólnie wywoływać zdjęcia — samo wywoływanie filmów jest przecież stosunkowo proste. Coraz częściej widuję młodych ludzi z analogowymi aparatami zawieszonymi na szyi. Nie wygląda to na modny gadżet ani pusty szpan. Być może mamy do czynienia z powrotem do korzeni.

    Ktoś mógłby zapytać, czy nie jest to zawracanie kijem Wisły. Otóż nie. Są osoby, którym zależy na szybkim efekcie i które nie przywiązują większej wagi do kompozycji czy estetyki. Jeśli to im wystarcza — świetnie. Fotografia jest czynnością praktyczną, ale przede wszystkim sztuką i pasją, w której jest miejsce dla wszystkich.

    W minionym roku wykonałem stosunkowo dużo zdjęć analogowych, lecz nad każdą klatką zastanawiałem się nieraz bardzo długo. Fotografia analogowa wymaga cierpliwości, uwagi, pomysłu, a przede wszystkim pokory. Efekt poznamy dopiero po wywołaniu filmu — możemy być rozczarowani albo pozytywnie zaskoczeni. I właśnie na tym polega magia tego rodzaju fotografii.

  • 12X12 (2025)

    12X12 (2025)

    Początek nowego roku. To dobra okazja do różnego rodzaju podsumowań, ale też tworzenia nowych planów. Z pewnym zdziwieniem zauważyłem, że po raz ostatni zamieściłem wybór zdjęć mijającego roku w … styczniu 2023. Nie oznacza to, że nie fotografowałem. Na usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że brakowało mi czasu na przejrzenie zdjęć, tworzenie zestawień i podsumowań. Chcę to teraz zmienić.

    Trudny wybór

    W 2025 roku fotografowałem cyfrowo i analogowo. Do fotografii cyfrowej w kolorze, doszła fotografia w czerni i bieli. Zrobiłem 14231 zdjęć cyfrowych. Wykorzystałem do tego różne modele Leiki (fotografuję nią od lat). W tym roku doszła Monochrom. Fotografowałem głównie obiektywami stałoogniskowymi 24, 28, 35 i 50. Jedynie wyjątkowo sięgałem po 21 mm, W ostatnich miesiącach do korpusów mam najczęściej podwieszone obiektywy 35 i 50 mm.


    W minionym roku fotografowałem dużo analogowo. Bardzo to lubię. Zrobiłem 1044 zdjęcia. 923 to zdjęcia małego formatu, natomiast 121 zdjęć to średni format. Odpowiednio daje to 26 filmów i 10 filmów, głównie Ilforda.

    Ze zdjęć cyfrowych wybrałem 12, publikuję je poniżej jako przegląd minionego roku. Jutro zamieszczę wybór zdjęć analogowych.

    Rozwój

    Nie mogę narzekać na 2025 rok. W styczniu otworzyłem wystawę zdjęć w Miejsko Gminnym Centrum Kultury w Jelczu-Laskowicach pt. „Małe Essen. Polsko-niemieckie miejsce niepamięci?”. Natomiast w lutym na zaproszenie dyrekcji Publicznej Szkoły Podstawowej im. Maratończyków Polskich w Miłoszycach mogłem zaprezentować ją uczniom.

    Opublikowałem trzy nowe Fotobooki: Mała czarna, Rzym w czerni i bieli oraz Krasnale. Są one dostępna na mojej stronie z fotografią. By zwiększyć ich zasięg, przygotowałem wersje w różnych językach. W 129 numerze czasopisma Vidom wydawanego przez stowarzyszenie Leica Historica e.V. ukazało się portfolio z moimi siedmioma zdjęciami. Natomiast w numerze 130 redakcja zamieściła mój artykuł na temat początków zainteresowania Leicą w Polsce.

    Cieszę się, że zostałem członkiem członkiem nadzwyczajnym Fotoklubu RP (nr legitymacji 1336).

    Plany

    W tym roku chciałbym zrealizować kilka projektów. O jednym z nich mogę już teraz napisać kilka słów. Przez wiele lat mijałem starą aleję czereśniową. Niegdyś przydrożne szpalery drzew owocowych były stałym obrazem Dolnego Śląska. Dzisiaj są coraz rzadsze. Właściwie ostatnie z nich giną. Postanowiłem udokumentować jedną z nich, pokazując ją w różnych porach roku. Projekt rozłożyłem na kilka miesięcy. Efektem może będzie wystawa, a z pewnością mały katalog.

    Ze studentami planuję zrobić kolejną wystawę. W tym semestrze prowadzę zajęcia z historii Niemiec. Postanowiliśmy zrobić wystawę o śladach Breslau we Wrocławiu. Pierwsze prace studentów już wpłynęły. Zapowiada się ciekawa instalacja.

    Planów książkowych nie zdradzę. Jeden z nich jest w stopniu zaawansowanym, co mnie bardzo cieszy… Zatem nowy rok rozpoczynam z optymizmem!

  • Kłodzko w (od)budowie

    Kłodzko w (od)budowie

    Kłodzku odbudowa wciąż trwa. Straty spowodowane wielką powodzią sprzed ponad roku były ogromne. Zniszczeniu uległo wiele inwestycji zrealizowanych w ciągu ostatnich kilkunastu lat — tych, które w znacznym stopniu odmieniły wizerunek miasta.

    Odwiedziłem Kłodzko krótko po tej katastrofie. Wydawało się wówczas, że dolne partie miasta przez długi czas nie podniosą się ze zniszczeń. Dzięki determinacji mieszkańców stało się jednak inaczej. Choć w wielu miejscach nadal widać ślady kataklizmu, do tej części miasta stopniowo wraca życie.

    Świadczą o tym rusztowania, krzątanina budowlańców, ponownie otwarte sklepy i punkty usługowe, a także coraz większy ruch na ulicach. Do pełnego powrotu do dawnego stanu jest jednak wciąż daleko.

    Pierwsze wrażenia turystów przybywających pociągiem lub autobusem mogą być mimo wszystko nie najlepsze. Przejścia podziemne prowadzące w stronę zabytkowego centrum — choć uprzątnięte — nadal straszą pustką i szarością.

    Być może kilka kolorowych fotografii prezentujących atrakcje regionu, a nawet proste dekoracje świąteczne, pomogłyby ocieplić atmosferę tych miejsc?

    Tym razem zrobiłem zdjęcia na zmianę w kolorze i w czerni i bieli. Używałem dwóch obiektywów: 35 i 50 mm.

  • Symboliczne odwołania

    Symboliczne odwołania

    Stacja kolejowa, transport złożony z wagonów towarowych, często pojawiają się we wspomnieniach osób poddanych różnym formom przymusowych czy wymuszonych migracji. Jednych przywożono, innych wywożono. „Ludzie na torach”, nowe nomadyczne plemiona Europy lat 40. XX w. Konieczność opuszczenia stron rodzinnych, domów, grobów, sąsiadów… Czasem nadzieja, częściej niepewność lub strach.

    Dla wielu tragedia, z którą nie mogli się uporać przez wiele lat. Ale też początek nowego życia, szansa na spokojniejszą, bezpieczniejsza egzystencję po latach wojny. Miejsko-Gminny Ośrodek w Jelczu-Laskowicach zrealizował ciekawy projekt, którego kulisami stała się miejscowa stacja kolejowa.

    Przed budynkiem dworca umieszczono wielkoformatową tablicę z mapą obecnej gminy, na której naniesiono informacje o pochodzeniu mieszkańców poszczególnych miejscowości, przede wszystkim z ziem wschodnich Rzeczpospolitej. Przesiedlono ich bezpośrednio po wojnie i w następnych latach. Na tablicy umieszczono – poza mapą – kolaż zdjęć, które pozwalają lepiej wyobrazić sobie ludzkie dramaty. Tablicy towarzyszy pięknie wydany tomik wspomnień.

    „Już niedługo nie będzie komu opowiadać – mówią bohaterowie „Kresowych opowieści”, trafnie zauważyła autorka wstępu do wydawnictwa, Dorota Miś-Hanys, dyrektor Miejsko-Gminnego Centrum Kultury. I dodała „Mają na myśli siebie i sobie podobnych. Tych, którzy przeżyli wojnę, ludobójstwo, przesiedlenie. Strach o życie swoje i najbliższych, głód na przednówku, utratę domu, podróż w nieznane”.

    Zachęcam do sięgnięcia po publikację i odwiedzenie stacji w Jelczu-Laskowicach. To przykład losów setek tysięcy Polaków, którym po II wojnie światowej przyszło szukać nowego domu na tzw. Ziemiach Odzyskanych, jak i żywy dowód pamięci współczesnych o korzeniach dzisiejszej społeczności gminy.

    Monika Gałuszka-Sucharska, Kresowe opowieści, Jelcz-Laskowice: Miejsko-Gminny Ośrodek w Jelczu-Laskowicach, 2025

  • Der Zauber der Gartenzwerge…

    Der Zauber der Gartenzwerge…

    Ein originaler Zwerg „made in Germany” ist der Traum vieler Gärtner, sofern sie den Spott über Gartenkitsch ignorieren können.

    In einem Land, in dem aus Autoreifen Blumenbeete in Form von Schwänen hergestellt werden, sind wir jedoch wohl toleranter. Seriöse Kenner des Themas träumen davon, einmal in die kleine Stadt Gräfenroda in Thüringen zu kommen. Sie ist eine echte Zwergenhochburg (wir erklären dies denen, die polnische Produktionsstätten für Gipsfälschungen dafür halten).

    Um diese kleine Stadt zu erreichen, muss man von den Hauptverkehrsstraßen abbiegen. Hier werden seit über 150 Jahren verschiedene Gartendekorationen aus Ton hergestellt, darunter die berühmtesten – Zwerge mit roten Mützen, die bei verschiedenen Aktivitäten dargestellt werden.

    Diese Figuren haben eine beachtliche historische Entwicklung hinter sich, die auch von der großen Politik beeinflusst wurde. Generell lässt sich sagen, dass nicht nur verschiedene Verfechter der Gartengestaltung ein Problem mit den Zwergen hatten, sondern auch diktatorische Regime (das Dritte Reich und die DDR). Mit ihrem kleinen, stämmigen Körper, ihren grauen Bärten und ihren kegelförmigen Mützen passten sie irgendwie nicht in die Vision eines neuen, stolzen Menschen, am besten in Uniform oder Arbeiterkleidung, mit einem Gewehr oder einem Traktorlenkrad in der Hand… Außerdem hatten sie verdächtig fröhliche Gesichter und lösten – völlig außerhalb der staatlichen Kontrolle – Freude bei ihren Besitzern aus.

    Die Zwergenbranche (oder vielleicht eher die Zwergenindustrie) in Gräfenroda litt nicht so sehr unter dem Wandel der Gartentrends, sondern vielmehr unter den Wirtschaftskrisen, die sie seit der Zeit der DDR plagten (natürlich wurde die Produktion verstaatlicht).

    Die Versuche einer Wiederbelebung nach 1990 schlugen fehl. Sicherlich spielte auch die Dumpingkonkurrenz der entfernten Verwandten aus Gips hier eine Rolle. In Gräfenroda gibt es nur noch einen Handwerksbetrieb, der Zwerge und andere Gartendekorationen (Tiere, Pilze usw.) herstellt. Dafür ist es kein gewöhnlicher Betrieb.

    Es handelt sich um die Firma der Familie Griebel, die seit über 150 Jahren Zwerge herstellt und in die ganze Welt verschickt. Die Geschichte des Betriebs, seiner Gründer und ihrer Produkte kann man in einem kleinen Museum kennenlernen. Dort werden der Produktionszyklus, die Entwicklung der Designs und die ältesten erhaltenen Exemplare der Figuren gezeigt. Man kann auch die Werkstatt besichtigen, in der sie geformt und fertiggestellt werden, und den Ofen sehen, in dem sie gebrannt werden. In der Werkstatt gibt es auch eine Zwergenklinik, in der fehlende Gliedmaßen angeklebt und die Bemalung erneuert wird. Dort wartet der wohl älteste erhaltene Zwerg, der in den 80er Jahren des 19. Jahrhunderts entstanden ist, auf seine Restaurierung. Er ist der wahre König dieses Völkchens.

    Ich hatte das Vergnügen, aus nächster Nähe zu beobachten, wie aus einer Tonfigur ein lebhafter Zwerg – ein Jäger – wird. Das ist eine anspruchsvolle Handwerksarbeit, die Genauigkeit und Talent erfordert.

    Ich habe eine kleine Fotoreportage gemacht, um die verschiedenen Produktionsstufen näher zu bringen und auf die Werkzeuge, Muster und Aufbewahrungsmethoden aufmerksam zu machen. Natürlich gibt es in der Werkstatt einen Laden, in dem man Zwerge in allen Varianten kaufen kann (auch in der Serie „nur für Erwachsene”:).

    Man kann auch den Online-Shop nutzen. Die Preisspanne ist ebenso wie die Größe der Figuren beeindruckend – von einigen Euro bis zu etwa zweitausend Euro, von wenigen Zentimetern bis zu fast einem Meter. Man hat die Qual der Wahl, aber ein rotes Mützchen ist Pflicht.

    Fotoreportage: Gartenzwerge

  • Krasnali czar…

    Krasnali czar…

    Oryginalny krasnal made in Germany to marzenie niejednego ogrodnika, o ile tylko ma odwagę zignorować kpiny z ogrodowego kiczu.

    W kraju, gdzie z opony samochodowej robi się kwietniki w formie łabędzia, jesteśmy jednak chyba bardziej tolerancyjni. Poważni znawcy tematu marzą, by znaleźć się w niewielkiej miejscowości w środkowych Niemczech, w Gräfenrodzie w Turyngii. To prawdziwy krasnalski matecznik (wyjaśnijmy to tym, którzy za takowy mają polskie ośrodki produkcji gipsowych podróbek).

    By dotrzeć do tego niewielkiego miasteczka, trzeba zjechać z głównych autostrad. To tu, od ponad 150 lat produkowane są z gliny różne ozdoby ogrodowe na czele z najsłynniejszymi – krasnalami w czerwonych czapeczkach, przedstawianymi przy różnych zajęciach.

    Figury te mają za sobą wcale pokaźny rozwój historyczny, na który wpływała również wielka polityka. Można generalnie stwierdzić, że nie tylko różni arbitrzy ogrodowej elegancji mieli z problem z krasnalami, ale i reżymy dyktatorskie (III Rzesza oraz NRD). Jakoś ze swym małym i krępym ciałem, siwymi brodami i stożkowatymi czapeczkami nie pasowały do wizji nowego, dumnego człowieka, najlepiej w mundurze lub robotniczym drelichu, dzierżącego karabin lub kierownicę traktora… W dodatku miały podejrzanie radosne miny i wywoływały – całkowicie poza państwowym nadzorem – radość u swych posiadaczy.

    Przemysł krasnalski (a może krasnoludzki) w Gräfenrodzie boleśnie odczuł także nie tyle zmianę ogrodowych mód, co kryzysy gospodarcze, trapiące go od czasu NRD (oczywiście, produkcję upaństwowiono).

    Próby odrodzenia po 1990 r. nie powiodły się. Zapewne dumpingowa konkurencja dalekich kuzynów z gipsu też nie była tu bez znaczenia. W Gräfenrodzie istnieje już tylko jeden zakład rzemieślniczy tworzący krasnale i inne ozdoby ogrodowe (zwierzęta, grzyby itp.). Za to nie byle jaki.

    To firma rodziny Griebel, która od ponad 150 lat produkuje krasnale i wysyła je na cały świat. Historię zakładu, jego twórców i ich wyrobów, można poznać w niewielkim muzeum. Pokazany jest tam cykl produkcyjny, ewolucja wzorów, zachowane najstarsze egzemplarze figurek. Można też zwiedzić warsztat, gdzie są one odlewane i wykańczane oraz zobaczyć piec, w którym się je wypala. W warsztacie działa też klinika dla krasnali, przykleja się tam brakujące kończyny, odnawia malunek. Na renowację czeka tam chyba najstarszy zachowany krasnal, który powstał w latach 80. XIX wieku. To prawdziwy król tego ludu.

    Miałem przyjemność obserwować z bliska, jak gliniana figurka staje się dziarskim krasnalem – myśliwym. To poważna rzemieślnicza praca, wymagająca dokładności i talentu.

    Zrobiłem mały fotoreportaż, by przybliżyć różne etapy produkcji, zwrócić uwagę na narzędzia, wzory i sposoby przechowywania. Oczywiście, w zakładzie jest sklep, gdzie można kupić krasnala w dowolnej odmianie (również w serii „tylko dla dorosłych:).
    Można też skorzystać ze sklepu internetowego. Rozpiętość cen, podobnie jak wielkość figur, może zrobić wrażenie – od kilku do około dwóch tysięcy euro, od kilku centymetrów do prawie metra.

    Do wyboru, do koloru, ale obowiązkowo z czerwoną czapeczką.

    Link: fotoreportaż fotograficzny.